1 lipca 2017 Michał

Dach Europy zdobyty!! – relacja – Część II

Poranek był jeszcze w miarę spokojny. Namiot nieco się oszronił od środka, ale było nam bardzo ciepło. To pierwsza na noc na wysokości. Byliśmy na prawie 4.000 metrów. Wyszliśmy z Darkiem z namiotu. Słońce nieśmiało wyłaniało się znad horyzontu. Zaczęliśmy przygotowywać śniadanie.

Nikt z nas do tego momentu jeszcze nie zerknął na zegarek. Okazało się bowiem, że jest …po 6
rano. Tak więc czas mieliśmy niezły. Po szybkim śniadaniu i pierwszych liofilizowanych owsiankach zaczęliśmy demontaż obozowiska. Poszło całkiem sprawnie, choć ruchy były jakby spowolnione.

Znów obciążeni wielkimi plecakami (ponad 20 kg) ruszyliśmy na wysokość ponad 4.200m. Tym razem plan zakładał znalezienie dobrego miejsca na rozbicie namiotu a następnie wyruszenie na lekko, na wysokość około 4.800m (w okolice słynnych skał Pastuchova będących jednym z kierunkowskazów podczas drogi na szczyt Elbrusa). Po dotarciu do Pijruta 11 (małego schroniska), po drobnej przerwie podeszliśmy 200m wyżej do Garabashi – schroniska złożonego z samych kontenerów przerobionych na miejsca sypialne. Całością zawiadywał Konstantin – Rosjanin, który na koniec naszej podróży obłowił się prezentami od braci Polaków, ale o tym potem.

Prognozy wskazywały, że niebawem ma nastąpić pogorszenie pogody. Nie wiedzieliśmy jak duże. Postanowiliśmy tej nocy zatrzymać się w „kontenerach” a następnie w kolejnych dniach spróbować wynieść namiot wyżej. Po zrzuceniu bagażu i zamianie plecaka ruszyliśmy szeroką ścieżką w stronę Pstuchova. Po około 3 godzinach marszu byliśmy na  szczycie skał – realna wysokość to ok. 4.700m (ilość sprzecznych informacji odnośnie właściwych wysokości poszczególnych fragmentów trasy Elbrusa jest w internecie gigantyczna). Tam już widzieliśmy, że pogoda lekko zaczyna się psuć. Zaczęliśmy schodzić. Reszta dnia upłynęła na odpoczynku i uzupełnianiu płynów. Dodatkową atrakcją był ubikacja znajdująca się nad urwiskiem. Do drewnianej kabiny prowadziła specjalna lina. Odważni się jej chwytali, ale zakładam że byli i tacy którzy wpinali się do niej lonżą 🙂

W poniedziałek planowaliśmy ruszyć z namiotem na prawie 5.000m. Już sam dźwięk po przebudzeniu wystarczył, aby ocenić że dzisiejszy dzień to tzw. „kibel” czyli dzień na przeczekanie. Wiatr smagał cały kontener tak, że wydawało się że cała konstrukcja zaraz wzbije się w powietrze. Wyprawa do kuchni oddalonej o dwa kontenery wyżej stanowiła już nie lada wyzwanie a co dopiero wyjście gdzieś wyżej.

Takie dni jak ten upływają pod znakiem czekania…na lepszą pogodę, na znak, na innych. I tu przechodzimy do miejsca, gdzie poznajemy 15 osobowy oddział rosyjskiej armii. Spotykamy ich w kuchni. Zagaduje do nas Artur – dowódca. Zawsze siedzi sam a reszta traktuje go z wielkim szacunkiem. Mówi, że są tu tylko dwa dni. Dzisiaj chcieli iść do Pastuchova, ale nie ma jak a w nocy chcą atakować. Pytam, czy tej nocy? (z poniedziałku na wtorek). Mówi, że tak. Proponuje wspólne wyjście.

Naradzamy się z Darkiem. Nie znamy tempa żołnierzy. Nie wiemy czy możemy na nich polegać. Prognoza jest kiepska. Z drugiej strony w 15 osobowym oddziale rosyjskiej armii siłą rzeczy człowiek czuje się bezpiecznie a drobne okno pogodowe nad ranem rozbudza nadzieje. Jeśli będzie spokojnie na trawersie to jest szansa dotrzeć na szczyt. Decydujemy się.

Rozmawiamy z Arturem o układzie szyku. Którzy w kolejności idziemy? Co w wypadku wycofu? O której start? Ustalamy wszystkie szczegóły i umawiamy się na wymarsz o 2 nad ranem. Reszta dnia upływa nam na grze w karciano-towarzyską grę „Mafia” – średnio się z żołnierzami rozumiem, ale gra nam jakoś wychodzi 🙂

Tego dnia, leżąc w kontenerze usłyszeliśmy też polskie głosy. Wyskakuje w śpiworze przed drzwi i krzyczę, że tu też Polacy. Tak poznajemy Bogdana i Wojtka. Wprowadzają się do nas i od razu nawiązuje się górska przyjaźń. Rozmawiamy o górach i nie tylko. Chłopaki planują we wtorek aklimatyzację a potem atak szczytowy.

1:20 dzwoni budzik. Ten moment zawsze generuje sporo adrenaliny. Cały sprzęt spakowany. Najcieplejsze ubrania na wierzchu. Wszystko przygotowane. Saturacja 82% (poziom wysycenia tlenem krwi – mierzona za pomocą pulsoksymetru). Jemy śniadanie i stawiamy się na iście wojskową odprawę przed kuchnią. Widoczność na kilka metrów. Nie wieje, ale mocno pada śnieg. To nienajlepszy znak.

Ruszamy. To zawsze moment, kiedy adrenalina ustępuje narastającemu wysiłkowi, który trzeba szybko w głowie podmienić na inne myśli. W końcu czeka nas kilka lub kilkanaście godzin wędrówki. Krok za krokiem. Wlepiony wzrokiem w buty towarzysza przede mną. Co chwila liczę do 10 kroków i robię kilka głębszych oddechów. Żołnierze, jak to żołnierze maszerują równo. Nie robią przerw. Zauważyliśmy z Darkiem, że niemal nic nie jedli i nie pili w trakcie tej wędrówki.

Docieramy do końca skał Pastuchova. Tu byliśmy najwyżej. Teraz ruszamy dalej. W stronę zasypanego na wysokości ponad 5.000m starego ratraka. Wiatr jest coraz silniejszy. Opady śniegu też. Widoczność na 2-3 metry. Gogle zaszły już całe lodem. Ledwo coś widzę. Robi się coraz stromiej. Idę bokiem, żeby mniej męczy nogi. Czuję lód pod rakami. Żołnierze mimo takiej powierzchni idą twardo na wprost (nie zakosami), wykorzystując przednie zęby raków, przez co nieco szybciej męczą mięśnie.

Na wysokości powyżej 5.000m robi się niebezpiecznie. Oblodzony stok. Zerowa widoczność. Za chwilę droga będzie skręcać w lewo i przebiegać na całymi polami szczelinowymi. Ryzyko jest zbyt duże. Niektórzy żołnierze mają widoczne problemy z chorobą wysokościową. Wspólna decyzja – schodzimy. Nie warto tak ryzykować. Dotarliśmy do wysokości ok. 5.100 metrów i zawróciliśmy.

Podczas zejścia wpadam w głęboki śnieg. Czuję „chrupnięcie” w prawej nodze. Zimny pot. Sprawdzam. Mogę ruszać. Nic nie boli. Zwalniam krok i idę wolniej. Sygnalizuję Darkowi, że coś jest nie tak. Szczęśliwie jesteśmy już blisko kontenerów. Nieśpiesznym tempem docieramy do schronienia o godzinie 8 nad ranem. Wykończony padam na łóżko i otulam się śpiworem. Do 12 mnie nie ma. Regeneracja. Całe dwa kolejne dni przyjdzie nam odpoczywa i czekać na właściwy atak szczytowy.

Wtorek i środa mijają nam na:

  • Wojnie na śnieżki
  • Free solo (wspinaczka bez asekuracji) na pobliskich skałach
  • Opalaniu na kontenerach
  • Zaczepianiu nowoprzybyłych wędrowców
  • Analizowaniu pogody
  • Organizowaniu sprzętu
  • Topieniu śniegu


Ostatecznie prognozy wskazują, że w czwartek do 11 rano będzie bezchmurnie i bezwietrznie. To nasza szansa. Mimo wcześniejszego dużego opadu taka prognoza daje świetną szasnę na atak szczytowy. Najpierw nas przeczołgała a teraz daje nam do zaproszenie – tak to z górami bywa. Wyczekaliśmy moment. Ustalone. O 2:30 nad ranem w czwartek rozpoczynamy atak szczytowy. Czeka na nas Dach Europy….

Ciąg dalszy w III i ostatniej części relacji.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Kontakt

Jeśli chcielibyście w jakikolwiek sposób się z mną skontaktować, śmiało piszcie lub dzwońcie: