3 lipca 2017 Michał

Dach Europy zdobyty!! – relacja – Część III

No i stało się!! Moment, na który dawno czekaliśmy. Już raz podczas tej wyprawy budzik dawał o sobie znać w okolicach 1 w nocy, ale tym razem oboje z Darkiem mieliśmy przeczucie, że czeka nas wędrówka do samego szczytu.

Wcześniej podjęliśmy też strategiczną decyzję – ze względu na nieudany atak szczytowy, który odebrał nam trochę sił + ze względu na nie do końca określoną kontuzję mojej nogi, chcemy nieco oszczędzić energii i tym samym do wysokości nieco powyżej 4.700m, czyli granicy Skał Pastuchova podjedziemy ratrakiem z grupą innych wspinaczy. Czas zbiórki ustawiony na 2:30 w nocy.

Czynności przed atakiem szczytowym zawsze staram ograniczyć się do minimum. Wszystko wcześniej przygotowane – ubrania, posiłki, sprzęt. Tak, aby w mroku nocy wsunąć się tylko w kolejne warstwy ubrań, szybko zjeść i ruszyć w górę. Noc była bezwietrzna. Węże czołówek dało się gdzieniegdzie dostrzec w oddali. Ktoś był już nawet w okolicach trawersu.

Po szybkim śniadaniu i ostatniej liofilizowanej owsiance czekoladowej stawiliśmy się w punkcie odbioru. Ratrak w oka mgnieniu przeniósł nas na wysokość powyżej Pastuchova. Stamtąd czekała nas najpierw żmudna i wystromiona wędrówka do zasypanego na ponad 5.000m legendarnego już punktu – ratraka (Rosjanie kiedyś chyba w ramach zakładu próbowali sprawdzić kto da radę wyżej zajechać tymi bestiami. Jednak oblodzenie na wysokości 5.000m sprawiło, że ratrak stracił całą swoją gąsiennicę i tak już został). Obecnie stanowi on punkt orientacyjny dla wspinaczy i wyznacza umową granicę 5.000m. Szło się nam bardzo dobrze. Choć w pewnym momencie za namową Darka postanowiliśmy wyprzedzić grupę wspinaczy. Manewr ten, choć z pozoru prosty, kosztował mnie kilka minut mroczków przed oczami. Na takiej wysokości każda radykalna zmiana tempa sprawia, że organizm reaguje natychmiastowo.

Gdy dotarliśmy do trawersu, zaczęło się przejaśniać. Trawers to dość długi odcinek trasy przecinający górę wzdłuż i doprowadzający wędrowców do tzw. „siodła” – miejsca pomiędzy dwoma wierzchołkami Elbrusa. Z dołu, gdy spoglądaliśmy na ten fragment trasy, zastanawialiśmy się dlaczego te czarne punkciki tak wolno się tam przemieszczają? Teraz już wiedzieliśmy. Wysokość oraz nastromienie robiło swoje. Szliśmy powoli i ostrożnie. W jednej ręce kijek, w drugiej czekan.

Po dotarciu do siodła złapaliśmy w końcu pierwsze promienie słońca. Jako, że dzień był bezwietrzny – niemal od razu musieliśmy zrzucać kolejne warstwy ubrań, bo zaczynało robić się bardzo ciepło. Z siodła, droga na szczyt wiodła jeszcze krótką „wyrypą” (stromym fragmentem) a następnie przechodziła w sporych rozmiarów wypłaszczenie, na końcu którego znajdował się wierzchołek właściwy. Dystans po płaskim to niespełna ok. 300m, ale z Darkiem pokonywaliśmy go bardzo wolno. Tu wysokość już dała się we znaki. Mimo, żadnych objawów typu ból głowy czy nudności, oddech mieliśmy jednak przyspieszony i łapaliśmy każdy łyk tlenu którego tutaj było o ok. 40% mniej niż na normalnym poziomie.

Wejście na szczyt zawsze jest trudne do opisania w słowach. To samo jest ze zdjęciami. Za tym jednym zdjęciem z uśmiechem na szczycie kryje się milion małych elementów, które razem złożyły się na górski sukces. Kondycja, pogoda, odpowiednia aklimatyzacja, dobre żywienie, logistyka opracowana jeszcze przed wyjazdem. Tego wszystkiego na zdjęciu nie widać. Nie widać też tysięcy małych kroków zrobionych w ślimaczym tempie podczas ataku szczytowego. Jednak moment wejścia na szczyt wynagradza wszystko. W moim przypadku były łzy szczęścia i moment całkowitego oderwania się od rzeczywistości, gdy zrozumiałem co z Darkiem właśnie zrobiliśmy. Każdy celebrował tą chwilę na swój sposób. Potem przyszedł moment na serię pamiątkowych zdjęć i czas na zejście.

To często gorsze od samej wędrówki w górę. Zejście. Trwa krócej, ale mięśnie dostają bardziej w kość. Łatwo nie było. Ale przed południem byliśmy znów w bazie. Krótkie przepakowanie i zejście do kolejki w celu zjechania jeszcze tego samego dnia do Azau, skąd dalej do Tereskola. Tam umówieni byliśmy z Bogdanem i Wojtkiem na świętowanie po udanym ataku szczytowym. Chłopaki weszli na szczyt chwilę po nas.

Kaukaz był gigantyczną przygodą. Góry są tam surowe i nie witają tak gościnnie jak Alpy – takie miałem wrażenie. Doświadczenie nieudanego ataku szczytowego też wiele dało. Z kolei dobra aklimatyzacja pozwoliła na jeden z najprzyjemniejszych ataków szczytowych, jakie miałem okazję przeprowadzić.  Wyprawa zbudowała też kolejne pokłady determinacji i pokazała, jak żadna inna, że nie warto się poddawać. Trzeba walczyć do końca.

Kolejny klejnot Korony Ziemi zdobyty.

Dokąd dalej? Już niebawem odkryję tajemnicę 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Kontakt

Jeśli chcielibyście w jakikolwiek sposób się z mną skontaktować, śmiało piszcie lub dzwońcie: