24 lipca 2017 Michał

Za kilka dni…początek kirgiskiej przygody!

Za dosłownie kilka dni wyruszam w stronę granicy Kirgistanu z Tadżykistanem. Linia graniczna przebiega dokładnie na grani szczytowej między Camp III (6.100m) a szczytem (7.134m), tak więc jest szansa postawić stopę również na ziemi tadżyckiej.

Przygotowania idą pełną parą. Organizowanie sprzętu na 3 tygodniową ekspedycję to zadanie samo w sobie. Apteczka, komunikacja, żywność, sprzęt do wspinania i odpowiednie ubranie to tylko część z całego ekwipunku, który muszę zmieścić w 100-litrowej torbie. Paweł użyczył mi swojego telefonu satelitarnego, żebym miał jakikolwiek kontakt ze światem 🙂 Cudo łączy się z każdego miejsca na świecie, więc nawet wysoko na Piku będzie szansa na rozmowę. Ola przygotowała apteczkę z uwzględnienim silnych leków na obrzęk płuc, czy obrzęk mózgu oraz skrajne wycieńczenie. 7-tysięcy to już nie żarty i trzeba być przygotowanym na absolutnie każdy scenariusz. Pierwszy raz zabieram ze sobą strzykawki, ampułki i inne tego rodzaju leki w góry.

Bagaż wstępnie spakowany. Zmieściłem się w 15-sto kilogramowym limicie, który narzucają krajowe linie lotnicze w Kirgistanie (lot na trasie Biszkek-Osh). Brakuje tylko żywności wyprawowej – to zadanie na ten tydzień.

Kilka dni temu doszły mnie wieści o sporej lawinie, która zeszła na drodze między obozem I (4.400m) i II (5.300m), szczęśliwie nie było chyba ofiar. Niemniej takie wiadomości zawsze wzbudzają niepokój. Im cieplej na lodowcu, tym więcej odkrywa się szczelin i tym więcej „zabawy” w trakcie ich pokonywania. Podobno drabin na drodze jest sporo, więc na pewno nie będzie nudno.

W temacie nudy jeszcze słów kilka. Ekspedycje górskie mają to do siebie, że wiele czasu spędza się w bazie: odpoczywając, aklimatyzując się i przygotowując do kolejnych wyjść. U nas na trzy tygodnie ekspedycji, przypada około 12 dni wspinania, reszta to transport lub odpoczynek, stąd trzeba uzbroić się w arsenał narzędzi do walki z monotonią obozu 🙂

U mnie będzie to przede wszystkim:

  • Zgrane na czytnik kolejne książki Remigiusza Mroza (niesamowicie tka fabułę kryminalną)
  • Karty – do gry z współmieszkańcami obozu oraz do przypominania sobie dawnych czasów, gdy zajmowałem się iluzją
  • Muzyka – odtwarzacz załadowany po brzegi muzyką, która ma umilić codzienność obozową
  • Ebook „Training for the new Alpinism” – nowa wiedza, jak trenować.
  • Aparat – żeby uczyć się fotografii w plenerze (w końcu góry Pamiru to doskonała lokalizacja a moje deficyty w tym zakresie są tak poważne, że 3 tygodnie i tak z pewnością nie wystarczą, żeby nadrobić umiejętności)

Dodatkowo zakładam, że rzeczywistość obozowa sama stworzy sporo atrakcji. Nie będziemy tam sami. Każdego roku wielu wspinaczy mierzy się z tym kapryśnym szczytem a niestety tylko 30% docieram na sam wierzchołek (głównie warunki pogodowe stanowią barierę). Zawsze myślałem, że w relacjach z górskich podróży jest sporo koloryzowania, gdy czytałem że spotkali się starzy znajomi pod tą, czy pod tamtą górą – wszak gór są tysiące, środowisko wspinaczy niewielkie, więc jak to możliwe żeby spotkać się pod tą samą górą? Rzeczywistość sama dała mi odpowiedź: w obozie bazowym będę miał przyjemność spotkać Jacka (mojego przewodnika z Kilimanjaro) i Ewelinę (dobrą znajomą), która też służyła mi górskimi radami. Świat jest jednak mały 🙂

Niesamowite jest też to, iż podczas wędrówki na szczyt minę (metaforycznie) wszystkie wysokości gór wchodzących w skład Korony Ziemi, oprócz Everestu. To tym bardziej dowód na to, że wyprawa na Pik Lenina stanowi doskonałe przygotowanie w ramach wędrówki po najwyższe szczyty każdego kontynentu. Już podczas wędrówki do obozu II (5.300m) minę: Górę Kościuszki, Masyw Vinsona, Mont Blanc i Piramidę Carstensza , następnie w drodze do obozu III (6.100m) pokonam wysokość Kilimanjaro oraz Elbrusa, aby w końcu podczas ataku szczytowego przekroczyć wysokości Denali oraz Aconcaguy. To będzie niezwykła droga.

Ostatnie tygodnie to również intensywna praca z fizjoterapeutami z Fimedici. Oprócz wsparcia wyprawy postanowili wziąć mnie pod swoje skrzydła i jeszcze przed samą ekspedycją możliwie jak najbardziej porozciągać, odblokować i naoliwić stawy i mięśnie przed wyprawą – łatwo nie jest, ale czuje się w 100% przygotowany do wyprawy, również dzięki nim 🙂

Nie pozostaje nic innego, jak tylko spakować się, naładować baterie i power banki i ruszać w stronę dalekiego interioru Kirigizji, na spotkanie z górami Pamiru.

Jak nigdy przedtem, mam wrażenie że całe moje (niewielkie) doświadczenie oraz historie z innych gór, przygotowywały mnie na drogę, która jest przede mną.

To droga wiodąca na spektakularna 7.134m ponad ziemią. Długa droga.

Tym razem trzymajcie kciuki bardzo mocno.

Ruszam na swoje pierwsze „7 tysięcy” !!!

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Kontakt

Jeśli chcielibyście w jakikolwiek sposób się z mną skontaktować, śmiało piszcie lub dzwońcie: