25 sierpnia 2017 Michał

Fimedica Pamir Expedition – Relacja I

Powrót stamtąd to powrót do innego świata, innej rzeczywistości. Pamir zmienia. Pik Lenina zmienia. Ta góra nie pozostaje obojętna wobec nikogo, kto spróbuje się z nią zmierzyć – tego mieliśmy wszyscy już niebawem doświadczyć.

Poznajemy się na lotnisku: Maciek i Dominika. Nasza trójka wspólnie zmierzy się z potęgą szczytu Awicenny (jak inaczej nazywany jest Pik Lenina). Przed nami ponad 24 godzinna podróż, która zakończy się niemal u podnóży Lenina a dokładnie w Base Campie na wysokości 3.500m.

Ruszamy najpierw do Stambułu, stamtąd dalej do Bishkeku. Na lotnisku w Kirgistanie szybki transfer (cudem uniknęliśmy dodatkowej opłaty za każdy kilogram powyżej 15kg w bagażu rejestrowany – a wiadomo, że torby wyprawowe swoje ważą) i ruszamy mniejszym śmigłem do Osh. To niewielkie miasto, które podobnie jak Bishkek wydaje się być tętniącą metropolią na tle kirgiskich równin. Jest również bazą wypadową w góry Pamiru. Gdy docieramy na miejsce, odbiera nas niewielki bus i ruszamy na  zakupy na pobliski bazar. Ostre zapachy i nieprzenikniony upał skutecznie przypominają nam, że znaleźliśmy się już w głębokiej Azji. Kupujemy bakalie, owoce, lokalne wyroby piekarskie – większość na drogę, która nas czeka.

Teraz zaczyna się przygoda. Ruszamy busem, ponad 6 godzinna przeprawa przez Kirgistan i jego część wyżynną, aby ostatecznie dotrzeć do bazy. Mija spora ilość czasu, ale nagroda jest satysfakcjonująca. Przed nami rozpościerają się śniegi szczytów Pamiru. Giganty. Ich wysokość poraża a wielkość jest nie do opisania. Posuwamy się wolno wzdłuż pasma górskiego, by w pewnym momencie wjechać w szczere pole a raczej mocny off-road. Busem telepie niemal jak na rollercoasterze. Przed nami ukazuje się metalowa charakterystyczna brama z napisem „Lenin Peak”. Gdzieś daleko za nią w oddali widać szczyt. Wielki i póki co niedostępny dla nas.

Docieramy do bazy. Polana Cebulowa. Miejsce niemal legendarne. Na całej, wielkiej równinie wciśniętej między kilka gór widać kilka baz – żółte namioty stanowią tutaj główny znak rozpoznawczy. Każdy z nas zostaje przydzielony do dwuosobowego namiotu i tak poznaje Mehmeta – tureckiego podróżnika, który będzie moim towarzyszem, wsparciem i partnerem w niedoli przed długie tygodnie. Od razu łapiemy kontakt.

Baza składa się z ciągów żółtych namiotów mieszkalnych, mesy (dużego namiotu z jadalnią), części „wodnej” – toalety, kraniki oraz niewielkie prysznice.

Wieczorem krótka odprawa i informacja, że jutro ruszamy na pobliską przełęcz, aby złapać trochę aklimatyzacji. Następnie, dzień później ruszymy we właściwy trekking (ponad 14km) do Camp I (4.400m), który stanie się naszym domem na kolejne 2 tygodnie.

Pierwsza noc jest spokojna. Dominuje pozytywny nastrój a wszyscy z niecierpliwością czekają na wyruszenie do Camp I. Kolejny dzień mija nam na wędrówce na ponad 4.000m na niewielkie wzgórze nieopodal Base Campu. Wszyscy dyszą i sapią. Wysokość robi swoje a nasze organizmy jeszcze nie miały nawet okazji się przyzwyczaić. Zadyszani i wykończeni docieramy do wysokości ok. 4.100m skąd następnie wąskim żlebem docieramy w godzinę do naszej bazy. Tam odpoczynek i przepakowanie – tylko niezbędne rzeczy, niezbędne na dwa tygodnie. Liczy się każdy kilogram. Dosłownie, bo za transport 1kg do Camp I należy zapłacić 3 USD. Oficjalne ważnie odbędzie się jutro rano, przed wyruszeniem na trekking. Spakowani i gotowi mentalnie na drogę kładziemy się spać.

Powoli będę musiał się przyzwyczajać, że organizm budzi mnie ok 6-7 rano i niestety będzie tak już przez cały czas trwania ekspedycji. Poranki zazwyczaj wyglądają podobnie, ludzie powoli wyczołgują się ze śpiworów i namiotów. Nieśpiesznie obywają poranną toaletę, potem śniadanie i już można zaczynać dzień.

Najpierw ważenie. Wszystkie bagaże na jedną stertę a potem każdy przychodzi, pokazuje które i co jest jest a następnie z nabożną precyzją dokonuje się ceremoniału ważenia. 19kg. No to 57 USD wędruje dla konika transportowego i tak mój cały dobytek znajdzie się w Camp I. Tymczasem sam, uzbrojony w plecak przygotowuje się do wymarszu.

Przed nami:

  • 14 km trekkingu
  • pokonanie Przełęczy podróżników
  • opuszczenie świata „zieleni”
  • przeprawianie się przez rzekę
  • wędrówka stromymi piargami w stronę Camp I

To wszystko zajmie nam około 6 godzin. Ruszamy w miarę płaskim terenem równiny, na której znajduje się Base Camp. Dochodzimy do rzucającej się w oczy dużej skały, która rozpoczyna etap wędrówki pod górę w stronę Przełęczy podróżników. Pniemy się sukcesywnie w górę, aby w końcu stanąć na granicy dwóch światów. Przyszliśmy z krainy słońca, zieleni i ciepłego powietrza a przed nami widok na świat lodu i skał, pozbawiony kolorów. Tam się kierujemy i tam będziemy egzystować.

Ten etap wędrówki to strome ścieżki, szerokie na dosłownie dwie stopy i osuwający się spod nóg żwir. Na pewno nie jest stabilnie, ale powoli pokonujemy kolejne metry ścieżki. Ostatecznie docieramy do rwącej rzeki, której pokonanie możliwe jest na dwa sposoby: albo ruszamy w górę rzeki szukając miejsca na kaskaderskie skoki (co uczyniliśmy w drodze powrotnej) lub też za niewielką opłatą wsiadamy na wierzch konika i tak pokonujemy przeszkodę (ta opcja wygrała).

Po przekroczeniu rzeki byliśmy już realnie zmęczeni i z nadzieją wypatrywaliśmy obozu. Z oddali widziałem żółte namioty na lodowcu i załamywałem ręce, że jeszcze taki kawał drogi przed nami. Jednak moja rozpacz została szybko ukojona. Okazało się, że tamte namioty to inny obóz (inna agencja) a nasz wyłonił się przede mną za kolejnym zakrętem.

Był mniejszy niż Base Camp, ale w swej strukturze podobny. Szeregi żółtych namiotów, mesa, kilka prowizorycznych toalet i namioty osób odpowiedzialnych za Camp I, w tym namiot lekarski. To wszystko na tle niewyobrażalnie potężnej i groźnie wyglądającej ściany Lenina, która czekała na spotkanie z nami.

Jednak to dopiero za kilka dni. Jesteśmy na wysokości 4.400m. To nasz nowy dom na 2 tygodnie. Jutro ruszamy na Pik Yuchnina (5.100m). Cieszyłem się. Czułem się dobrze. Kryzys jednak czyhał już za rogiem i miał objawić się właśnie podczas wędrówki na pobliskiego Yuchnina….

Ciąg dalszy nastąpi 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Kontakt

Jeśli chcielibyście w jakikolwiek sposób się z mną skontaktować, śmiało piszcie lub dzwońcie: