2 września 2017 Michał

Fimedica Pamir Expedition – Relacja II

W obozie II.

„Ta górka tam? Przyjemna.” – tak zareagowałem kiedy pokazali mi tego ranka Pik Yuchnina. Wyrasta zaraz obok Camp I i dociera do wysokości 5.100m. Łatwo i przyjemnie to było tylko w teorii. Mimo, że siedzieliśmy tu już dwa dni. Nasze organizmy nadal przyzwyczajały się do wysokości, na której brakuje już ponad 30% tlenu w powietrzu.

Na Pik Yuchnina ruszyliśmy zaraz po śniadaniu w ramach aklimatyzacji. O ile na początku jeszcze towarzyszyłem peletonowi o tyle, 2 godziny później w okolicach 5.000 metrów nad ziemią, ledwo żywy wraz z Mehmetem człapałem niczym żółw na samym końcu.

Pik Yuchina. Szczyt.

Wysokość nas przeczołgała i dorwała nawet nie wiemy kiedy. Ból głowy, dyszenie i ledwo zauważalne kroki. Do szczytu zbliżaliśmy się niemiłosiernie wolno i wiedziałem już wtedy, że to znaczący kryzys. Szczyt Yuchnina do najpiękniejszych nie należy, ot zwykła kopa śniegu bez jasno wyznaczonego środka. Entuzjazm wyraźnie przygaszony przez zmęczenie. Kilka pamiątkowych zdjęć w niezbyt dobrych warunkach pogodowych i schodzimy, bo przecież trzeba golgotę odespać.

Po kilku godzinach znów byliśmy w Camp 1, gdzie wszystkim humory wróciły i nawet pojawił się apetyt. Przekroczyliśmy po raz pierwszy granicę 5.000 metrów. Organizmy produkują czerwone krwinki, żeby więcej tego zbawiennego tlenu nam we krwi krążyło a my tymczasem oddajemy się życiu obozowemu i odpoczynkowi.

Jednak nie na długo. Otrzymujemy informacje, że następnego dnia ruszamy na lodowiec ćwiczyć poruszanie się na linach poręczowych a następnie w nocy ruszamy na właściwą rotację aklimatyzacyjną – cel obóz III na wysokości 6.100 metrów.

Jeszcze tego samego dnia natrafiamy na „naszych”. Jacek – mój przewodnik z Kilimanjaro oraz Ewelina – znajoma z Warszawy. Oboje w Camp I wracają po aklimatyzacji z obozu III. Wiedziałem, że ich tu spotkam jednak mimo wszystko było to coś niesamowitego. Tysiące kilometrów od Polski, gdzieś na końcu świata w niewielkiej bazie pod wielką górą. Spotykają się starzy znajomi. Coś nieprawdopodobnego. Rozmowom nie było końca.

Trening na linach poręczowych.

Kolejnego dnia uzbrojeni w sprzęt wyruszamy meandrami lodowych jęzorów do nieco bardziej nastromionej ścianki, gdzie ćwiczymy używanie sprzętu na linach. Szybko dostajemy (Polacy) przydomek „Tibloc Team” od nazwy przyrządu „Tibloc”, który stanowi dość uniwersalne, niewielkie urządzenie umożliwiające poruszanie się na linie do góry (używany często w autoasekuracji). Mieliśmy mieć jumary (specjalne

przyrządy do podchodzenia na linie), ale w wykazie na wyprawę nikt nam ich nie kazał zabierać a mieliśmy ze sobą właśnie „Tibloc”. Szybko opanowaliśmy podstawy. Swoją drogą lin poręczowych na całej

Ściana Lenina.

drodze na szczyt Lenina nie ma zbyt dużo a Tibloc jest niezwykle lekki (39g), więc o wiele poręczniejszy niż jumary. Wracamy do obozu i zaczyna się kolejna przygoda.

Walczymy z kilogramami a raczej gramami. Każda rzecz w bagażu sprawdzana kilka razy – czy na pewno potrzebna, czy trzeba zabierać na górę? Absolutne minimum, aby plecak był jak najlżejszy. Wszystko wyrzucone z plecaków, poddane ostrej selekcji. Każdy zbędny

karabinek, każdy nadprogramowy batonik energetyczny. Wszystko ląduje poza plecakiem przygotowywanym do wejścia na 6.100m. Dla wielu z nas, w tym dla mnie to też pierwsza w życiu wyprawa podczas której przekroczę magiczną granicę 6.000m. Wcześniej było blisko – Kilimanjaro (5.895m), ale to nie było to. Tutaj zupełnie niepozornie w trakcie wędrówki między obozem II a III przekroczę tą magiczną granicę.

Nadchodzi wieczór i wszyscy powoli chowają się do swoich namiotów. Pobudka o 2 w nocy. Wymarsz o 3.

Sen jak zawsze jest wtedy płytki. Adrenalina miesza się z niepokojem i człowiek średnio śpi. Powoli budzą nas kolejne szumy z obozu. Czołówki rozświetlają mrok nocy i płachty namiotów. Szykujemy się do wymarszu.

Zauważyłem, że zazwyczaj pierwsza część takiej nocnej akcji średnio zapada mi w pamięć – człowiek jeszcze się wybudza i pewne rzeczy dzieją się niemal automatycznie. Ruszamy. Wiem, że czeka nas ponad godzina wędrówki przez jęzor lodowcowy, aby w końcu dotrzeć pod ścianę Lenina. Kluczymy. Przeskakujemy kolejne rzeczki lodowcowe. Rząd czołówek przecina kolejne metry lodowca.

Powoli zapada szarość. Ten stan pomiędzy końcem nocy a początkiem dnia. Pośród świateł miasta ciężko to zaobserwować, ale kiedy jest się w krainie wiecznego śniegu i lodu człowiek szybko przyzwyczaja się do tego zjawiska. Słońca nie ma, ale już w sumie jest jasno.

Przez lodowiec.

Stoimy pod ścianą Lenina. Jest gigantyczna. Wiążemy się linami i w górę. Wędrówka zajmie nam około 9 godzin. Przestrzeń i odległości gigantyczny. Żadne słowa nie zmieszczą tych odległości by je opisać. Gdy docieramy do najwyższego punktu wędrówki, widzimy oddalony daleko pod skałami obóz drugi – nasz cel na dziś: 5.300m. Czeka nas jeszcze niekończący się trawers ściany Lenina oraz wędrówka przez miejsce zwane „patelnią” – tam nikt nie chce znaleźć się w okolicach godzin południowych. To miejsce, które niczym soczewka skupia całe słońce, odbijając je od śnieżnych ścian Lenina. Powiedzieć skwar to nie powiedzieć nic. Mieliśmy przyjemność doświadczyć…wątpliwą.

W obozie II.

Docieramy do obozu II. Namioty ustawione na skałach. Pod kątem. Będzie zabawnie. Wszyscy ledwo żywi chowają się w namiotach niemal natychmiastowo. Pijemy, niewiele jemy i wegetujemy – w dużym skrócie. Tak mija cały dzień. Kiedy nadchodzi noc słychać wszędzie kaszel, głębokie oddechy. To Cheyne-stokes zbiera żniwo wysokości. Oddech „Cheneye`a-Stokesa” to jak mówi wikipedia – patologiczny tor oddychania polegający na pojawianiu się podczas snu bezdechów, które regulowane są następującymi po nich szybki seriami wdechów. Każdy z nas to przeżywa. Nic przyjemnego. Jednak to i tak sielanka w porównaniu do tego co czeka nas następnego dnia.

Nadchodzi poranek.

Zapadła decyzja. Zamiast krótkiego postoju w obozie III i powrotu do II tego samego dnia będziemy nocować na 6.100m – to da nam jeszcze lepszą aklimatyzację. Ruszamy.

Trawers przez patelnię.

Droga nie jest długa. Ok. 3 kilometrów. Jednak wysokość robi swoje. Poruszamy się jak muchy w smole. Przed nami jeden z cięższych momentów – finalne podejście do obozu III. To ściana niemal pod kątem 45 stopni. 300 metrów wysokości do zrobienia. Z oddali widzę jak wolno ludzie się tam poruszają. Na podejściu spotykam Ewelinę, która wraca już z drugiego podejścia podczas którego atakowali szczyt. Powtarza tylko, abym szedł wolno. Wyściskaliśmy się i ruszam dalej. Ostatecznie po prawie 4,5 godzinach docieram do obozu III. Mój osobisty rekord wysokości – 6.100m. Dochodzę do naszego namiotu. Rozkładam karimaty i śpiwory dla siebie i Mehmeta. Nagarniam śnieg do roztopienia na wodę i kładę się chwilę odpocząć. Nauczyłem się już, że te kilka czynności trzeba zrobić zanim się na dobre człowiek położy w namiocie bo potem już nic się nie chce.

Teraz pozostaje tylko jeść, pić i odpoczywać. Przespać się i zejść na dół.

Nie jemy nic – nie mam absolutnie apetytu. Wody mieliśmy za mało na dwie osoby na całą noc, więc musieliśmy racjonować. Spaliśmy może godzinę w trakcie całej nocy i walczyliśmy z wysokością. Ściągasz buty wysokogórskie i 10 minut odpoczynku. Wychodzisz za potrzebą, wracasz i ledwo łapiesz oddech. Bierzesz łyk wody i ledwo łapiesz oddech. Pierwsza w życiu noc na 6.000m nie należy do najprzyjemniejszych i zapada w pamięć zapewne do końca życia.

Następnego dnia pogrom. Wiele osób cierpi z powodu wysokości. Kilka jest sprowadzanych z pomocą przewodników. Część osób zupełnie nie kontaktuje. Choroba wysokościowa przyszła po swoje ofiary.

My z Mehmetem ruszamy na dół. Sami, bo czujemy się w miarę dobrze i przewodnicy nas puszczają.

Obóz III. 6.100m

Po dotarciu do obozu II chwila przerwy i dalej w dół. Ciężki dzień, bo za jednym razem schodzimy na sam dół do Camp I. Niemniej każde 100m w dół to dodatkowy tlen, więc wraca energia.

W końcu w godzinach popołudniowych, pokonując znów całą ścianę Lenina i jęzor lodowcowy docieramy do obozu na wysokości 4.400m. Namioty wydają się nam teraz najlepszym hotele a cały obóz to niemal luksusowy ośrodek wypoczynkowy. Perspektywa zmienia się wraz z pobytem na 6.000 metrów.

Przed nami 3 dni odpoczynku, po których ruszymy na ostateczną walkę ze szczytem Lenina.

Powrót.

Walkę podczas, której realnie stanę na granicy ryzyka i zostanę postawiony przed jedną z najtrudniejszych decyzji jakie przyszło mi podjąć.

CDN….

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Kontakt

Jeśli chcielibyście w jakikolwiek sposób się z mną skontaktować, śmiało piszcie lub dzwońcie: