13 września 2017 Michał

Fimedica Pamir Expedition – Relacja III

Podczas restu.

Cztery dni restu. To niemal święto. To czas kiedy mamy względnie zregenerować się fizycznie i psychicznie, aby ruszyć na ostateczne starcie z Pikiem Lenina. Cztery pełne dni nicnierobienia.

Wybrałem porządki i lektury. Czas kolejnych dni wypełniały mi książki, porządkowanie bagażu i przygotowywanie go do ataku szczytowego oraz obozowe życie towarzyskie.

Decyzja o skorzystaniu z płatnej sauny (25 usd) była jedną z najlepszych podczas restu. Dwa namioty połączone ze sobą. W pierwszym zdejmuje się większość ubrań, w drugim parujący wrzątek i banie z zimną wodą do polewania. Pełna kąpiel i człowiek po dwóch tygodnia bez porządnej higieny nareszcie poczuł się jak nowy.

Porządki 🙂

Podczas dni odpoczynku dociera do nas wiadomość o grupie Koreańczyków – utknęli w obozie IV na wysokości 6.400m (zakłada się tam czasem dodatkowy obóz, aby skrócić atak szczytowy). Są wycieńczeni, wracali ze szczytu i siedzą już 2 dobę na tej wysokości. Rusza akcja ratunkowa z udziałem naszych przewodników. Trochę się niepokoimy, raz że sytuacja dramatyczna, dwa że nasi przewodnicy będą osłabieni po takiej akcji ratunkowej.

Wszystko kończy się dobrze. Schodzą do bazy. Paradoksalnie są w dobrych humorach, mimo licznych odmrożeń. My sprawdzamy prognozy. Kolejne dni bardzo zimne, ale bez większych opadów i silnych wiatrów. Dima, szef przewodników komunikuje nam oficjalnie – musimy ruszyć dzisiaj w nocy, żeby załapać się na dobre okno pogodowe. Zamiast 4 dni są więc 3 dni odpoczynku.

Wszyscy po obiedzie ruszają do namiotów i zaczynają pakowanie na atak. Wieczorem jeszcze kolacja plus odprawa. W zespołach 3 + przewodnik będziemy szli do obozu II, potem do III ruszamy indywidualnie, następnie stamtąd atak szczytowy o godzinie 1 w nocy. Do wysokości 6.400m, jeśli ktoś postanowi o wycofie wraca sam, powyżej tej wysokości działamy już tylko i wyłącznie z przewodnikami. Dostajemy ostrzeżenie, iż noc ataku szczytowego może być bardzo zimna. Musimy być na to przygotowani. Dzisiaj wyruszamy o 3 w nocy do obozu II. Adrenalina rośnie.

Obóz II.

Droga do obozu II to tym razem nieco ponad połowa czasu tej samej wędrówki bez aklimatyzacji. Pierwsze wejście ponad 9h, teraz poniżej 5,5h. Jest dobrze. Organizmy już przyzwyczaiły się do wysokości. Idziemy też w chmurach przez co nie doskwiera nam upał. W obozie II nastroje bojowe. Jemy, pijemy i odpoczywamy. Jutro golgota i podejście na 6.100m. Już to znamy. Byliśmy tam.

Obóz III w ciężkich warunkach osiągamy dnia następnego po około 3,5h godzinach wspinania. Nadal jest całkiem nieźle i nic nie wskazuje, aby podczas ataku szczytowego miało się cokolwiek wydarzyć pod względem funkcjonowania organizmu.

Topimy wodę i próbujemy co nieco zjeść. Łatwo nie jest. Najmniejszy ruch męczy a wyprawa po śnieg na wodę stanowi nie lada wyzwanie kondycyjne. Wszyscy meldują się u swoich przewodników, aby sprawdzić ogólny stan zdrowia i świadomości. Grupa jest silna. Szczęśliwa 13-stka wyruszy na szczyt w okolicach 1:30 w nocy.

Pobudka nie jest trudna. Na wysokości ponad 6.000m nie śpi się już zbyt głęboko. Siedzimy z Mehmentem obok siebie w śpiworach i mielimy w ustach batonika. Jedyne co nam przechodzi przez gardło. Wszędzie ciemność rozświetlana przez pojedyncze czołówki.

W końcu wydostajemy się z namiotu i ubrani w najcieplejsze co posiadamy, meldujemy się u przewodników. Nie mija 5 minut i ruszamy w drogę na 7 tysięcy metrów. Pierwsza część jest prosta. To około 100-metrowe zejście w dół, po którym następuję prawie 1,5-kilometrowa grań kończąca się na 6.400m stamtąd już nieco mniej stromym podejście przez kilka kilometrów ciągnie się dalsza część drogi na szczyt Lenina, aby na wysokości ok. 6.600m wystawić wspinaczy na próbę na zwanym potocznie „nożu” – bardzo wąskim i stromym odcinku, na którym zdobywa się ok 60m wysokości.

Schodzimy wężykiem w dół. Docieramy do początku grani i ruszamy powoli pod górę. Grupa zaczyna się rozciągać na wiele metrów długości. Tempo jest bardzo różne. Wiatr ostatnich dni wywiał sporo śniegu i poruszamy się niemal wyłącznie po kamieniach i lodzie. Wędrówka po takim terenie w rakach jest dość trudna i męcząca. Nachylenie też robi swoje.

Moje oczy nie dają mi spokoju. Co chwila pojawiają się przed nimi jakieś szlaczki i obraz się nieco trzęsie. Początkowo wydaje mi się, że to czołówka i odbijające się od lodu światło. Poprawiam ją co chwila. Podczas jednego z takich manewrów chcę poprawić rękawiczki. Jedna spada mi przepaść. Ledwo stabilizuje ciało, żeby się za nią nie rzucić. Chwila zastanowienia. Umysł działa o wiele wolniej na tych wysokościach. Mam zapasową.

Walczę z ogrzewaczami chemicznymi, które umieszczam między rękawiczkami. Już sam nie wiem czy chemikalia działają. Co chwila robię postój, aby sprawdzić. Czuję, że coś jest nie tak. Obraz zbyt mocno mi wiruje przed oczami a ja poruszam się w górę, lecz co chwilę staję aby poprawiać rękawiczki i złapać oddech. Kondycyjnie jest ok, ale wzrok nie daje mi spokoju.

Obóz III. Odzyskuje wzrok.

Wiem, że to dopiero 1/4 drogi. Przede mną jeszcze długa droga na szczyt i cały powrót. Rozumiem sytuację. Znam ryzyko. Zastanawiam się dłuższą chwilę i podejmuję decyzję. Zawracam. Krzyczę jedynie do Mehmeta „Say Hello to Lenin from me” i odwracam się. Informuje mijanego przewodnika o wycofie. Jak potem sprawdzę na zegarku – wysokość maksymalna, którą osiągnąłem to 6.353m. Wracam w ciemnościach w dół samotnie. Nie jest przyjemnie.

Zaczyna powoli świtać, gdy przede mną wyrasta 100-metrowe podejście, którym na początku schodziliśmy. Ostatnia przeszkoda w drodze do namiotu. Powoli ją pokonuję. Docieram do namiotu bladym świtem i od razu kładę się spać.

Budzę się niespełna 2 godziny później. Otwieram oczy i…znów otwieram oczy. Nadal nic nie widzę, więc próbuję jeszcze raz. Dociera do mnie fakt, że mimo otwartych na oścież oczu nie widzę absolutnie nic. Jedynie biały kolor wszędzie. Oślepłem. Mimo, że sprawa jest poważna wysokość najpewniej sprawia, że podchodzę do tematu spokojnie. Kładę się, nawadniam i czekam kolejną godzinę.

Wytężam mocno wzrok i zaczynam dostrzegać nieśmiało kontury wewnątrz namiotu. Ledwo bo ledwo, ale zawsze coś. Ulga. Chyba to tymczasowe. Czekam kolejne 30 minut i jest juz nieco lepiej. Zakładam okulary, które mocno kontrastują. Widzę kształty. Dzięki temu docieram do namiotu obok gdzie dostaje krople do oczu. Pomaga. Widzę o wiele więcej.

Korzystam z okazji, że jestem już na nogach. Zabieram plecak z namiotu. Trochę wody i wszystkie flagi. Ruszam samotnie w drugą stronę niż Pik. Tam niespełna 15 minut drogi od namiotów znajduje się wierzchołek Piku Razdelnaya (6.146m). Kopa śniegu, do której docierając można zdobyć 6-tysięczniki. Taka mała nagroda pocieszenia.

Pik Razdelnaya. Szczyt.

Po sesji foto na szczycie wracam do namiotu. Tam kolejne 3 godziny odpoczynku i decyzja. Schodzimy wraz z Boghdanem oraz Dominiką, która niestety miała problemy z krążeniem w stopach. Musimy jak najszybciej zejść. Pokonujemy całą drogę do obozu I w ciągu jednego dnia. Jesteśmy bardzo szybcy. Pod koniec ledwo doczłapujemy się do obozu.

Tam skupiamy na sobie uwagę niemal wszystkich zgromadzonych w mesie. Widać, że wróciliśmy z góry a oni dopiero rozpoczynają swoją przygodę. Są ciekawi, więc opowiadamy im o wszystkich wydarzeniach i naszych wycofach. Potem sen. Długi sen.

Kolejny dzień to czekanie na naszych przyjaciół z grupy, którzy nie dokonali wycofu tylko poszli na szczyt. Dociera do nas wiadomość, że miał miejsce wypadek. Tyle wiemy. Potem okazało się, iż był to rosjanin Siergiej. Spadł ponad 200m na stronę tadżycką, ale ostatecznie został uratowany przez przewodników, którzy do niego dotarli. Reszta wraca cała, choć dwie osoby z bardzo poważnymi odmrożeniami.

Obóz I. Po powrocie z góry.

Lenin powoli nas żegna. Kolejnego dnia ruszamy na trekking do Base Camp, aby stamtąd udać się na kilka dni zwiedzania Kirgistanu. Wszyscy dostaliśmy tu nieźle w kość. Dla wszystkich Lenin okazał się górą, do której należy podchodzić z największym szacunkiem. Mówi się, że to najłatwiejszy 7-tysięcznik. Powtórzę tylko to, co wiele razy już było mówione: Nie ma łatwych 7-tysięczników. W górę zawsze z wielką pokorą.

Dla mnie osobiście była to wielka lekcja podejmowania decyzji. Trzy tygodnie ciężkiej pracy, której finał miały mieć miejsce podczas jednej nocy – ataku szczytowego. Godziny treningów i przygotowań. W tej jednej chwili tam na górze, samotnie  stojąc ponad chmurami trzeba podjąć decyzji, skalkulować ryzyko i iść dalej albo się wycofać.

Wybrałem to drugie i jak nigdy jest mi z tą decyzją dobrze.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Kontakt

Jeśli chcielibyście w jakikolwiek sposób się z mną skontaktować, śmiało piszcie lub dzwońcie: