12 grudnia 2017 Michał

Rysy tak łatwo nie wpuszczają

Chwilę mnie tu nie było. Pomiędzy przygotowaniami do wyprawy na Aconcaguę, dosprzętawianiem się, nowymi treningami znalazłem jeszcze chwilę, aby szybko wybrać się w Tatry.

Pomysł wypłynął od Jacka (wspólny Triglav i Kilimanjaro) – grupa znajomych rusza słowacką stroną do Chaty pod Rysami. Tam nocujemy i szybkie zimowe wejście na wierzchołek Rysów. Weekendowy strzał – jak przywykliśmy nazywać takie akcje 🙂

W piątek wieczorem grupa ponad 15 osób spotkała się w schronisku „Głodówka”. Krótka biesiada i grzecznie spać, bo kolejny dzień to ponad 1000m podejście do Chaty pod Rysami.

Poranek nas nie rozpieszczał, od wczesnych godzin opady śniegu i nieprzyjemny wiatr. Słowackim szlakiem rozpoczęliśmy wędrówkę, która początkowo spokojną ścieżką wiodła przez dolinę. Gdy rozpoczęliśmy właściwe podejście, pogoda jeszcze bardziej wystawiła nas na próbę. Szron na twarzy, zamarzające gogle i bardzo niska widoczność a do tego wszystkiego torowanie. We czterech szliśmy przodem, aby na zmianę torować trasę dla reszty. Bardziej strome fragmenty skutecznie nas spowalniały. Poruszaliśmy się od tyczki do tyczki, wypatrując w dali kolejnych fragmentów drogi.

Oblodzeni od stóp do głów dotarliśmy ok. 14, po 4,5h wędrówki do Chaty. Wiktor – właściciel, otworzył ją specjalnie dla nasze grupy. Brak prądu i zachód słońca po 16 sprawił, że w klimacie zupełnych ciemności, przy lampach naftowych z gitarą spędziliśmy sobotnie popołudnie. Snując górskie opowieści. Każdy z nas z radością przyjmował fakt, że jutro po krótki ataku szczytowym mieliśmy oglądać wschód słońca z wierzchołka Rysów..choć oczywiście rzeczywistość pisała dla Nas zupełnie inny scenariusz.

Pobudka o 6 nad ranem. Wymarsz o 6:30. We trzech ruszyliśmy pierwsi przetorować drogę do grani dla reszty grupy. Śnieg był sypki i osuwał się cały czas spod nóg. Szcześliwie odległość od schroniska do grani jest niewielka. Po 20 minutach byliśmy już na górze.

Grań przywitała nas lekkim wiatrem, który po 10 rano miał już być na prawdę silny, stąd nasz ograniczony czas działania. Przemierzając kolejne metry, coraz bardziej zakopywaliśmy się w puchu. Gdy dotarliśmy do skalnego uskoku na grani, znajdującego się nieco wyżej od ustawionych tyczek (które wskazują trawers na wierzchołek w sezonie letnim), zaczęła się zabawa.

Trawers tym fragmentem okazał się o wiele bardzie niebezpieczny niż założyliśmy. Głównym winowajcom był niezwiązany śnieg. Asekurując Jacka, czekałem aż oczyści fragmenty skalne z puchu co umożliwi założenie liny poręczowej. Niestety kilka kombinacji nie dawało upragnionego efektu. Nie dało się bezpiecznie przejść grani. Szukaliśmy kolejnych wariantów. Czas płynął. Wiatr się wzmagał a odczuwalna temperatura malała.

Kolejne osoby schodziły z grani rezygnują z wejścia. My nadal szukaliśmy możliwości, jednak podświadomie chyba każdy z nas już powoli wiedział, że tym razem Rysy nas nie wpuszczą. Z każdej strony sypki śnieg stwarzał duże zagrożenie, przy którym nie pomogłaby ani linia ani czekan.

Pod podjęciu decyzji, cofnęliśmy się z wysokości 2.474m, co dawało jedyne 25m wysokości do wierzchołka. Lekcja niełatwa, lecz bardzo ucząca.

Po szybkim zejściu do schroniska i śniadaniu, ruszyliśmy dalej w dół. Rysy tym razem nie dla Nas 🙂

Cofać się tak blisko szczytu, mieć go na wyciągnięcie dłoni – to niełatwa sprawa. Jednak im więcej takich sytuacji, tym człowiek bardziej rozumie, że to naturalna sprawa w górach.

Wycof powinien być tak samo naturalny jak zdobycie wierzchołka. Kluczem jest powrót, szczyt jest na drugim miejscu 🙂

 

 

 

Kontakt

Jeśli chcielibyście w jakikolwiek sposób się z mną skontaktować, śmiało piszcie lub dzwońcie: