28 lutego 2018 Michał

Aconcagua – historia pewnej wędrówki cz. I

Tym razem było inaczej. Bardziej świadomie? Na pewno. Z większym zrozumieniem siebie i tego co przede mną. Podpatrzone od Mehmeta na Piku Lenina zwyczaje notowania codziennie wieczorem przemyśleń skrzętnie przeniosłem na palące żarem pustkowia otaczające Aconcaguę. Jednak zacznijmy, jak przystało na kronikarza od początku zdarzeń…

Lotnisko. Tu zawsze wszystko się zaczyna. Poznaję swoją grupę, choć jak zawsze pierwsze wrażenia w przypadku wypraw górskich zmieniają się często o 180 stopni. Czeka nas długa podróż. Najpierw „rzut beretem” do Rzymu a następnie 14-sto godzinny lot do Buenos Aires, skąd już tylko 1000km do pokonania samolotem w stronę Mendozy – bram Andów.

Gdy docieramy do Mendozy jest koniec stycznia. Pozwolenia na Aconcaguę drastycznie tanieją z dniem 1 lutego, gdyż dobieg końca „sezon wysoki”. Stąd nasze 2 dniowe czekanie na przekroczenie magicznej daty początku lutego. Czas spędzamy poznając Mendozę, odwiedzając lokalne winiarnie z których słynie cały region oraz załatwiając niezbędne formalności i wypożyczając sprzęt.

Da się wyczuć atmosferę oczekiwania. Wszyscy chcemy ruszyć do podnóża Andów i wkroczyć dumnie do doliny Horcones, aby ujrzeć górę, o której szczycie marzy każdy z nas.

W końcu nadchodzi czas. Mały busik z doczepioną przyczepką zbiera nas i nasz dobytek wspinaczkowy w krótką podróż, aby po 200 kilometrach dotrzeć do Penitentes. Po drodze spotykamy się z naszym lokalnym przewodnikiem – Fernando. To człowiek dzięki, któremu słowo „Vamos” (oznaczające „chodźmy”) nigdy już nie będzie takie samo. Słyszeliśmy je na każdy możliwym postoju podczas wspinaczki.

Penitentes – nasz mały bar

Penitentes

Powiedzieć, że Penitentes to miejscowość, to powiedzieć znacznie za dużo. Umiejscowiona pośrodku wielkiej, palącej słońcem doliny, przypomina bardziej przypadkowo porozrzucaną zbieraninę budynków aniżeli zamysł architektoniczny. W miejscu, w którym nocujemy znajduje się niewielki bar, przypomina to miejsce dawno opuszczone przez cywilizację – jedynym elementem skupiającym uwagę są setki flag z podpisami zdobywców Aconcagui, również wielu Polaków.

Ten dzień spędzamy na wizycie w Puenta del Inca, oddalonej o parę kilometrów równie małej mieścince, w której znajdują się zabytkowe łaźnie oraz targ z pamiątkami. Ważnym punktem wyprawy są też odwiedziny na cmentarzu Andystów, groby osób które bezpowrotnie zabrała do siebie góra są ważną lekcją na drodze po szczyt. Pycha zwykła kroczyć przed upadkiem, więc w górach najlepiej sprawdza się pokora.

Następny dzień to ten DZIEŃ. To dziś przekraczamy bramy parku i wchodzimy do doliny Horcones. Przed nami wycieńczające 50km (łącznie z aklimatyzacją), aby dotrzeć do Plaza de Mulas – bazy pod Aconcaguą. Najpierw odprawa w biurze. Papierologia. Podbicie, wcześniej uzyskanych pozwoleń. No i najważniejsze. Worki. Dwa worki, których należy bronić i strzec bardziej niż własnego paszportu – a najlepiej trzymać te worki właśnie razem z paszportem. Kary za ich zgubienie są gigantyczne i liczone w dolarach amerykańskich. Biały…do śmieci zwykłych, które zostawimy po sobie ponad bazą, wspinając się do kolejnych obozów, no i legendarny worek pomarańczowy na …nasze odpady organiczne, mówiąc dyplomatycznie. Również dotyczące tego co ponad bazą będzie się dziać.

Po takiej odprawie możemy ostatecznie ruszać. Dzień I – odcinek około 8 kilometrów z wysokości 2.950m na wysokość 3.500m do Confluenci – obozu pośredniego w drodze do bazy.

Naszym oczom już w pierwszych chwilach trekkingu ukazuje się gigantyczna ściana Aconcagui, nie do pomylenia i nie do zapomnienia widok. Wielka, ogromna i wydawać by się mogło, że nie osiągalna. Każdy patrzy w stronę wierzchołka. Zaczynam rozumieć ile pracy i drogi przed nami jeszcze. To zadanie trzeba rozłożyć na poszczególne dni. Działać zgodnie z planem jednego dnia, aby w pełni go zrealizować. Nie skupiać się na szczycie, bo człowieka to przytłoczy.

Krętymi ścieżkami, jeszcze cały czas z otaczającą zielenią docieramy do Confluenci. Tu odpoczynek i naładowanie baterii. Dzisiaj był krótki dzień, ale jutro przed nami łącznie 24km w dwie strony, aby osiągnąć wysokość 4.200m i zdobyć potrzebną aklimatyzację by ruszyć do Plaza de Mulas na 4.300m. Nie będzie to łatwy dzień…

CD.

Kontakt

Jeśli chcielibyście w jakikolwiek sposób się z mną skontaktować, śmiało piszcie lub dzwońcie: