8 marca 2018 Michał

Aconcagua – historia pewnej wędrówki cz. II

Start trekkingu

Podobno to drugi (poza atakiem szczytowym) najcięższy dzień całej wyprawy – prawie 20km z obozu pośredniego (Confluencia, 3.400m) do bazy właściwej (Plaza de Mulas, 4.300m).

Plecaki spakowane. Muły już dawno ruszyły z naszymi torbami wyprawowymi. Tymczasem my po wczesnym śniadaniu wybieramy się w nieziemsko długi trekking. Początkowo głowa lata mi na prawo i lewo – widoki są niesamowite. Dolina Horcones w całej swojej okazałości. Fernando, nasz przewodnik co rusz pokazuje nam kolejne 5-tysięczniki i opowiada ich historie.

Droga bez perspektywy

Jednak zachwyt trwa chwilę. Potem przychodzi znużenie a następnie świadomość, że na tym pozbawionym grama cienia kawałku pustkowia przyjdzie nam spędzić jeszcze wiele godzin. W górach zawsze zaskakuje mnie to, jak bardzo jesteśmy nauczeni „perspektywy”. W miastach, czy w życiu codziennym mamy wizualnie mnóstwo punktów odniesienia – samochody, budynki, inni ludzie. Dzięki temu bardzo łatwo ocenić nam dystans, głębie czy odległość. W górach tego nie ma. Zupełny brak punktu odniesienia. Tak więc kolejne zakręty doliny ciągną się w nieskończoność. Skała, która wydaje się być już tuż tuż, zostaje osiągnięta po 30 minutach marszu.

Do tego słońce. Palące. Nie mające żadnej litości. Na 4.000 metrów zupełnie inaczej się to odczuwa. Walczymy o każdy kawałek skóry. Rękawiczki na rękach, buff na szyi, czapki na głowach. Niektórzy w długich rękawach. Jak się da, byle tylko słońce nie dostało się do skóry.

Kolejne godziny wędrówki mijają. Nie rozmawiamy. Rzadko się wtedy rozmawia. Człowiek raczej zamyka się we własnej głowie i albo po prostu idzie, albo mierzy się z wodospadem myśli, które systematycznie przez te wiele godzin porządkuje we własne głowie. Z pewnością jest to nauka przebywania samemu ze sobą.

Widoki powoli się zmieniają. Po nużącej dolinie zaczynamy piąć się coraz wyżej w górę, aby ostatecznie stanąć przed ostatnim wyzwaniem trekkingu. Sporym przewyższeniem i niewielką ścianą skalną, którą pokonać musimy za pomocą krętej i dość mocno nachylonej ścieżki. Teraz wszyscy zaczynamy odczuwać wysokość. Kilka kroków i przerwa na złapanie oddechów. Trwa to może godzinę. Łatwo nie jest. Jednak pod koniec ściany czeka nagroda. Widoczna w oddali drewniana tabliczka z napisem „Plaza de Mulas”.

Tak oto docieramy do drugiego największego Base Campu świata. Są tu małe sklepiki, można kupić dostęp do sieci a dla głodnych artystycznych doznań jest nawet najwyżej położona na świecie galeria sztuki prowadzona przez Miguela. Powoli doczłapujemy się do naszych namiotów. Duże, wygodne. Po 7 osób w jednym. Leżanki. Pełen luksus. W porównaniu z bazą pod Pikiem Lenina to tutaj mamy salony i pałace 🙂

Teraz czas na upragniony odpoczynek. Jutro również przed nami dzień w bazie. Musimy trochę zregenerować siły przed wyjściami aklimatyzacyjnymi. Trzeba też ustalić taktykę. Z racji tego, że obozy są niedaleko siebie a w pobliżu samej bazy jest kilka 5-tysięczników to schematy aklimatyzacyjne mogą być przeprowadzane w różnoraki sposób.

Nasz plan jest następujący. Po dniu odpoczynku ruszyć do Canady (Obóz na 4.900m) i zanieść tam depozyt. Zejście na dół i noc w Plaza de Mulas. Kolejny dzień do wyjście na lekko do Nido de Condores (Obóz na 5.300m) i tam spędzić chwilę, aby znów zejść na dół do bazy i tam się przespać. Potem jeden pełny dzień odpoczynku i ruszamy w górę, aby nocować w kolejnych obozach – Canada, Nido i Colera (Obóz na 6.100m) – aż w końcu ataku szczytowy. To jest plan. Jak będzie w rzeczywistości. Zobaczymy 🙂

Cały dzień odpoczynku mija nam na rozmowach, zwiedzaniu bazy i pełnej regeneracji. Po trekkingu wszystkim się to przydało. Po południu przygotowujmy plecaki i to co chcemy zabrać do depozytu – generalnie są to wszystkie rzeczy, które nie przydadzą sie nam w bazie a będą dla nas kluczowe podczas akcji górskiej – ubrania puchowe, jedzenie, kuchenki, maty do spania, raki itd.

Canada – walkie talkie „Jaka to melodia?”

Tak więc plecaki ważą grubo ponad 15kg. Dzień wędrówki do Canady (Obóz I), która zasłonięta jest sporymi skałami, dlatego nie widać go z Bazy, nie będzie należał do najprzyjemniejszych. Moje tempo jest dramatyczne. Zawsze tak jest. Pierwszy etap aklimatyzacji jest dla mnie trudny. Wolno mi to przychodzi, ale po odpoczynku nabieram w kolejnych dniach właściwego, dobrego tempa. Tymczasem skalna ścieżka pnie się ostro w górę – oczy patrzą na buty osoby przede mną i skupiam się tylko na tym by wykonywać krok za krokiem. Odcinek do Canady jest de facto podzielony na trzy części: najpierw skalna ścieżka z bazy do dużego wypłaszczenia, następnie zakosami dalej w górę do kolejnych skał a stamtąd już dużym trawersem do Canady.

Docieram chyba ostatni tego dnia do obozu. Ledwo żywy, ale szczęśliwy. Już jakiś czas temu nauczyłem się, że w górach nie ma wyścigów – każdy idzie swoim tempem i zdobywa aklimatyzację na swój sposób. W tym czasie moi kompani rozłożyli już dwa namioty, w których zdeponujemy to co wnieśliśmy na górę. Zabezpieczyli je też kamieniami na wypadek silnych wiatrów w nocy. Chwile odpoczywamy a krajobraz zmienia się w ciągu kilku minut – z bezchmurnego, błękitnego nieba nagle zaczyna lecieć grad. Dosłownie.

Chowamy się w namiotach. Po 6 osób w mały namiociku. Powstaje ludzki tetris. Ktoś leży na nogach kogoś innego, komuś się ręce zaklinowały. Trwamy w tym stanie i nie wiemy jak długo przyjdzie nam czekać na zmianę pogody. Zaczyna grzmieć i błyskać. Na takiej wysokości to nienajlepszy zwiastun. Człowiek jest tutaj najlepszym „odbiornikiem” potencjalnego pioruna, bo innych elementów „zbierających” na górze przecież brak. No więc nadal czekam.

Dobrze, że jest walkie-talkie. Mamy łączność z drugim namiotem co umożliwia nam odbycie własnej wersji teleturnieju „Jak to melodia?”. Nucimy drugiej drużynie, w drugim namiocie melodie a ich zadaniem jest zgadnąć nazwę utworu. Nie pamiętam jaki był wynik, ale szło nam całkiem nieźle 🙂

W końcu decyzja. Ruszamy w dół, bo się trochę uspokoiło. Szybkim tempem schodzimy po wcześniej całej piaskowej a teraz całej śnieżnej ścieżce Aconcagui. Do bazy docieramy popołudniu. Zmęczeni, ale zadowoleni. Czasu na regeneracje jest mało, bo jutro dalej w górę. Z małą przerwą w Canadzie, mamy się jutro dostać do Nido de Condores – przekroczymy granicę 5.000m i dotrzemy na 5.300m, co umożliwi nam skuteczną aklimatyzację i pozwoli w dalszej kolejności na nocleg w tymże obozie, w kolejnych dniach.

Jednak teraz o tym nie myślimy. O tym, że przyjdzie nam jutro znów powtarzać tę samą drogę. Ta myśl zawsze przytłacza. Teraz jednak czas na odpoczynek a jutro po prostu trzeba wykonać plan na 100%.

Plaza de Mulas

Zejście z Canady

Nido de Condores

 

Kontakt

Jeśli chcielibyście w jakikolwiek sposób się z mną skontaktować, śmiało piszcie lub dzwońcie: