18 marca 2018 Michał

Aconcagua – historia pewnej wędrówki cz. III

Poranek. Pewnego rodzaju walka. Nasze oddechy skutecznie w trakcie nocy przeradzają się w szron, który osadza się na płachcie. Wstajemy, krzątamy się. W środku robi się coraz cieplej. Płachta namiotu postanawia nam oddać skradzione oddechy w postaci wody. Powódź. Leje się na leżanki, śpiwory, torby itd. I tak co rano 🙂

Kolejny dzień aklimatyzacji przed nami. Ruszamy do Nido de Condores (5.300m). Tym razem marsz do Canady zajmuje nam 30 min mniej czasu. Sen zadziałał. Czerwone krwinki jak oszalałe transportują, więcej tlenu i możemy sprawniej piąć się kolejne metry w górę.

Z Canady spoglądamy w górę. Widać trawers a następnie wypłaszczenie, gdzie podobno znajduje się nasz cel. Wolnym krokiem docieramy do granicy wypłaszczenia. Zmęczeni, liczymy że naszym oczom zaraz ukaże się flaga i namioty obozu. Jednak jedne co widać do pustkowie. Konsternacja. Łapiemy oddechy. Odpoczywamy przy skałach. Wzrokiem szukamy ścieżki. Nagle dostrzegamy  grupkę ludzi…daleko, nawet bardzo. Padają pytania…co oni tam robią? Dokąd idą? Podążamy za nimi wzorkiem, dostrzegając na końcu ich drogi małą, żółtawą…upragnioną flagę. „Co??!!!” „Jak to?” „Przecież inaczej to na mapie wyglądało!!”  Dociera do nas smutna prawda, że jesteśmy dopier w połowie drogi do Nido de Condores. Przed nami jeszcze kilka sporych zakosów i znów wielki trawers.

Mijają kolejne minuty. Mijają kolejne zygzaki. Ostatecznie docieramy do Nido. Euforia. Stoimy początkowo w kilka osób przytuleni do siebie. Pogoda nie rozpieszcza a podmuchy wiatru skutecznie przypominają, że jesteśmy już na poważnej wysokości. Nido de Condores to idealna definicja pustkowia. Jest pare skał. Przy jednych małe źródełko – to ważne. Nie trzeba topić śniegu tylko można nabrać lodowatej wody. Duże ułatwienie. Druga grupa skał to łazienka – równie istotne miejsce. Szczęśliwie oba wyraźnie rozgraniczone, aby nikomu nie przyszło do głowy ich pomylić 🙂

Prócz tego, skupiska namiotów rozsiane po wypłaszczeniu. Nic więcej. Na ten moment nam to nie przeszkadza. Raczej wzbudza ciekawość. Jeszcze nie wiemy, że przyjdzie nam tu spędzić kilka dni.

Tymczasem po ponad godzinie w Nido ruszamy powoli w dół. Znów ta sama droga. Przedostatni raz. Schodzimy do Plaza de Mulas i  perspektywa całego dnia odpoczynku. Dwie noce i jeden pełny dzień „nicnierobienia”.

Zmęczeni, niemal od razu zasypiamy. To nie był lekki dzień.

Nadszedł czas odpoczynku. Cały dzień spokoju. Czas wypełnia wędrowanie po bazie i czytanie książek. Rzadko ma się taką możliwość w życiu codziennym. 6 godzin czytania książki bez żadnego rozproszenia. To wręcz prezent. Potem jeszcze odwiedziny w galerii sztuki u Miguela i odpoczynek na hamaku przy zachodzącym nad doliną Horcones słońcu. Plecaki już gotowe. Sprzęt przygotowany. Jutro ruszamy w górę. Założyliśmy 7 dni poza bazą. Czeka nas kolejno: 1 noc w Candzie, 2 noce w Nido de Condores, 1 noc w Colerze, atak szczytowy, 1 noc w Colerze, zejście.

 

Taki jest plan a co zdecyduje pogoda to jeszcze się okaże….

Kolejnego dnia ruszmy. Teraz już tylko w górę. W drogę na szczyt…

Kontakt

Jeśli chcielibyście w jakikolwiek sposób się z mną skontaktować, śmiało piszcie lub dzwońcie: