25 marca 2018 Michał

Aconcagua – historia pewnej wędrówki cz. IV

Colera

Już znam to uczucie. Taka wydłużona ekscytacja i niepewność. Poranek, w którym wychodzi się z bazy. Do ataku szczytowego jeszcze kilka dni, jednak umysł już wie, że drugi raz bazę ujrzę, jako zdobywca lub ten, któremu góra odmówiła tym razem wstępu.

Spakowani. Grupa kilkunastu osób to poważny problem logistyczny. Zagrzanie choćby wody do termosów trwa dłuższą chwilę na wysokości ponad 4.000m. Tym razem jednak się nie spieszymy. Przed nami nocleg w każdym z obozów, zanim ruszymy na szczyt.

Drogę do Canady znamy doskonale. Zajmie nam maksymalnie 2,5h, aby dotrzeć do ukrytego za skałą skupiska namiotów. Docieramy tam wczesnym popołudniem. Niektórzy ruszają po wodę, inni obudowują namioty jeszcze większą ilością kamieni, aby uchronić się przed nocym wiatrem. Gdy te wszystkie czynności za nami, pozostaje czekać. Czas wypełniają rozmowy. My jednak postanowiliśmy rozkręcić najwyższe disco świata 🙂 Gdzieś na wysokości 4.900m tego właśnie dnia, grupa kilku osób przy akompaniamencie hitów Justina Timberlake`a, Zbyszka Wodeckiego czy Natalii Kukulskiej przez dobre pół godziny tańczyła ile sił w nogach – a sił na takiej wysokości nie wiele 🙂 Także wysokościowe disco mamy zaliczone 🙂

Jaskina. 6.700m

Canaleta.

Kolejny dzień to strzał do Nido de Condores. Tym raze droga nas nie zaskakuje. Wiem, że czeka nas spory kawałek do przejścia. Gdy w końcu docieramy i rozstawiamy namioty, przychodzi czas na decyzje. Okazuje się bowiem, że najlepsza pogoda będzie we wtorek – jest obecnie piątek popołudnie. To oznacza dwa pełne dni spędzone w Nido de Condores. Miejscu przypominającym bez mała krajobraz księżycowy. Pustka. Dwa dni, pełny weekend. Siedzimy i czekamy. Jemy, chodzimy po bazie, rozmawiamy. Tyle można tutaj robić. Nic więcej, nic mniej. Doskonała lekcja bycia samemu ze sobą. Zero zasięgu, zero komunikacji. Zaprzyjaźniony Polak umożliwia nam wysłanie wiadomości do najbliższych, że wszystko ok (przez komunikator satelitarny). Nadal czekamy.

Przychodzi poniedziałek. Moment wymarszu. Pierwszy raz od wielu dniu ruszamy w nieznane. Nie byliśmy bowiem jeszcze powyżej Nido. Droga do Colery na 6.000m jest stosunkowo prosta. Zakosy, które wraz z wysokością robi się coraz bardziej rozległe. Całość zajmuje nam maksymalnie 3 godziny. Ostatnie metry to ubezpieczona linami metalowymi, przeprawa  przez strome skały. Taki mały akcent wspinaczkowy na koniec.

Colera jeszcze bardziej przypomina odległą planetę, na której odkrywcy w specjalnych kombinezonach postawili swoją bazę. Namioty gęsto rozłożone. Wraz z Wieśkiem od razu rozstawiliśmy swój. Procedura zawsze była jasna. Przychodzimy do nowego obozu. Rozkładamy namiot. Otaczamy go kamieniami. Karimaty do środka, na nie śpiwory. Strategicznie rozłożyć plecaki i czas na topienie śniegu i jedzenie. Dzięki takiej procedurze zawsze szybko i sprawie organizowaliśmy sobie z Wiesiem pracę.

Wstępne założenie – wymarsz ok. 4:00 na atak szczytowy. Jest ok. 14:00, więc czasu jest na prawdę dużo żeby zjeść i odpocząć. Jednak ta noc nie będzie łaskawa dla wszystkich. Wieczorny obchód przewodników jest jednocześnie ostatnim sprawdzianem, weryfikacją stanu zdrowia. Niektórzy nie dostali przepustki na atak szczytowy. Czy to słaba saturacja, czy zbyt duże tętno spoczynkowe – powodów było wiele, wspólny mianownik ten sam: bezpieczeństwo.

Ciężko mi sobie wyobrazić, jak to jest usłyszeć, że nie można iść na szczyt po tylu tygodniach ciężkiej pracy tu na górze. Jednak pokora wyniesiona z poprzednich gór, czy chociażby z załamanego ataku szczytowego na Lenina nauczyła mnie, że nie warto ryzykować. Góra poczeka.

Tymczasem reszta przygotowuje sprzęt i zapada w krótki sen.

Kilka logistycznych problemów i godzina ataku szczytowego przesuwa się na ok. 5 nad ranem. Sznur czołówek podąża już w górę. Pierwszy etap to zygzaki do Independenci (6.400m) – starego schronu. Męczące i pokonywane w ciemnościach lub szarościach świtu. Niewiele z tego się pamięta, gdyż przestawia się głowę na tryb automatyczny – noga za nogą i tyle.

Przy schronie – każdy się sprawdza. Jak samopoczucie, jak równowaga, jak organizm. To ostatni moment na wycof bez przewodnika. Jeśli wyżej coś pójdzie nie tak, zawracać musi dana osoba oraz przewodnik a to znacznie wpływa na szanse grupy. Przed nami wyłania się trawers. Legendarne miejsce, które zwieńczone jest mała jaskinią. Niby człowiek idzie po płaskim, niby tylko trawersuje górę. Jednak zmęczenie jest wielkie. Na nasze szczęście zrobił się niewielki zator, więc prędkość znacznie spadła i mogliśmy częściej odpoczywać.

Trawers zakończony jest niewielką jaskinią na 6.700m. Tam eksploratorzy zostawiają cięższe rzeczy. Niektórzy całe plecaki. Odpoczywają i nabierają sił przed ostatnim sprawdzianem…Canaletą – to zaledwie ok. 250m wysokość i ok 300m dystansu do szczytu. Inaczej mówić żleb skalny o nachyleniu ponad 45%.

Jeden z najtrudniejszych odcinków na całej górze. Mieliśmy to szczęście, że zalegający śnieg nieco ułatwił wejście. Przykrył bowiem kruchą skałę i umożliwił stabilniejsze poruszanie. Niemniej i tak szliśmy jak muchy w smole. Wysokość ponad 6.700m to już nie żarty. Tam każdy krok i oddech to walka. Tak było też w tym przypadku.

Ostatni etap Canalety to mały trawersik prowadzący na szczyt. W pewnym miejscu ludzie po prostu znikają i wchodzą na wypłaszczenie szczytowe. Gdy pokonujmy ostatnie kroki, sił jest jakby więcej. Euforia.

Widok ze szczytu.

Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, wchodząc na każdy szczyt niemal od razu zaczynam płakać – zakładam, że to emocje które kumulują się przez całą wyprawę i wzruszenie. Miesiące pracy na nizinach, tygodnie pracy tutaj na górze. Ostatecznie góra jest łaskawa i wpuszcza. Szczyt Aconcagui jest dużym wypłaszczeniem, z którego widać bezkres Andów i Chille.

Emocje trudno przelać na papier. Radość, euforia, wycieńczenie, wewnętrzny spokój, adrenalina.

Jednak jesteśmy, jak to zawsze w przypadku gór bywa, w połowie drogi dopiero.

Teraz czas na zejście.

Z Wiesiem

Niestety niektórzy musieli posiłkować się Deksem (deksametazon – steryd podawany w formie zastrzyku w przypadku występowania objawów choroby wysokościowej). Jednak najważniejsze, że wszyscy cali i zdrowi dotarli pod wieczór do Colery. Zmęczenie sprawia, że jeszcze do nas nie dociera co zrobiliśmy.

Następny dzień to permanentne zejście na dół do Mulas, aby kolejnego dnia ruszyć do bram parku.

Tempo zejścia tych dwóch dni też daje nam mocno w kość, jednak coraz bardziej dociera do nas skala wyczynu.

Stanęliśmy na najwyższej górze Ameryki Południowej.

Najwyższej górze świata poza Azją.

Marzenie.

Spełnione.

Czas myśleć o kolejnym…

 

 

Kontakt

Jeśli chcielibyście w jakikolwiek sposób się z mną skontaktować, śmiało piszcie lub dzwońcie: