18 lipca 2018 Michał

Lodowa opowieść – część I

Mam pewien schemat, do którego mogę się przyznać. Ilekroć jestem na pokładzie samolotu, który ma zabrać mnie hen daleko w świat górskich przygód, zastanawiam się co będę czuł gdy będę wracał. Czy zdobędę górę? Kogo poznam podczas wędrówki? Czy coś się zmieni i czy góra mnie trochę zmieni? Wiem, że każda ma taką moc, ale czy ta jakoś specjalnie na mnie wpłynie? Te wszystkie myśli zaprzątają mi głowę tam w górze, gdy metalowym aeroplanem przemierzam świat. Tak samo było i tym razem.

Denali to inna góra. To cały, inny świat. Bez grama cywilizacji, bez baz, bez transportu. Człowiek, jego siła pociągowa mięśni oraz myśli – to właśnie Denali. Pamiętam, jak wiele osób mówiło mi, abym wręcz przesunął zdobywanie Denali na koniec Korony Ziemi, po Evereście. Mówili, że ta góra to inna liga, inne wyzwanie. O wiele cięższe niż cokolwiek co wcześniej przyszło mi zdobywać. Nie mylili się.

Miałem szczęście lecieć przez „czubek świata”, czyli w niedalekiej odległości od bieguna północnego. Widoki z okien samolotu były abstrakcją, której nie było mi wcześniej dane doznać. Pustynie lodu. Nie wiedziałem, że zwiastowały to co stanie się niebawem moją codziennością – krajobraz lodowego pustkowia, majestatyczny i groźny jednocześnie.

Ląduję w Anchorage, stolicy stanu Alaska. Mam przesunięcie minus 10 godzin względem czasu polskiego. Niemal pełne 180 stopni zmiany doby. Organizm sobie jakoś z tym poradzi. Z lotniska odbiera mnie Jim, lokalny kierowca który kursuje na trasie Anchorage – Talkeetna. Wspólnie ruszamy w prawie 3-godzinną podróż, na środek Alaski aby zbliżyć się do podnóża Kordylierów. W drodze poznaję Elisabeth. Jest w mojej grupie. Amerykanka, która rzuciła pracę, sprzedała dom i zaczęła wszystko od nowa. Jej pierwszy punkt na mapie – Denali.

Dojeżdżamy do Talkeetny. Małe miasteczko. Jedna główna ulica. Wszystkie domostwa rozsiane kilkanaście kilometrów od „centrum” w bardzo odosobnionych miejsca. Docieram do swojej kwatery. Mały żółty domek pośrodku niczego i wszystkiego. Wszędzie dookoła las. Nic więcej. Gór brak. Prawdziwa natura.

Pierwsza noc jest ciężka. Pełno komarów. Jet lag, czyli niedostosowanie organizmu do doby po zmianie czasu. To wszystko równa się średnio przespanej nocy. Tu ważny komentarz. Pojęcie „nocy” używane będzie tutaj raczej jedynie obrazowo. Oto przez najbliższe 3 tygodnie nie zaznam mroku. Dzień polary króluje to na dobre. To śmieszne zjawisko sprawia, że słońce jest tutaj cały czas nad horyzontem co oznacza, że nigdy tak naprawdę nie ma „nocy”.

Kolejny dzień rozpoczynam bladym i niemrawym świtem. Już przed 8 rano jadę do hangaru Agencji, z którą ruszamy na wyprawę. Tam też poznam całą ekipę. Jest nas 8 osób + 3 przewodników: Travis, Mike i John. Pierwsze spotkanie grupy, jak zawsze przebiega w spokojnie i w atmosferze rozpoznawczej, kto gdzie był, jakie ma doświadczenie itd.

Odbywamy odprawę, podczas której dowiadujemy się jak będzie wyglądała cała podróż przez lodowiec, jakie rodzaje sprzętu i grupowych elementów będziemy ze sobą ciągnąć na saniach oraz jak wygląda kwestia śmieci i odpadów na lodowcu. Po około 60 minutach odprawy przystępujemy do tzw. gear check. Każdy z nas wyrzuca wszystko co ma w bagażu i sortujemy każdy element, sprawdzamy każdą rzeczy – co będzie potrzebne a co jest zbędne, co się nadaje a co trzeba ewentualnie wymienić.

Szczęśliwie w moim przypadku do wymiany jest jedynie plecak – ten, który zabrałem może mieć niewystarczająco dobry stelaż do wzięcia na siebie siły ciągnięcia sań. Szybka podmianka i już dysponuję dobrym. W przypadku niektórych, przewodnicy nie są jednak tak łaskawi – rękawice, spodnie puchowe, okulary itd. U niektórych spora ilość sprzętu idzie do wymiany. Widać, że żarty się skończyły.

Potem część gastronomiczna. Każdy z nas miał swój zapas przekąsek na lodowiec. Dostaliśmy jednak polecenie, aby dociążyć nasze worki z przekąskami do prawie 6kg – bufet oferował żelki, baton, suszoną wołowinę, orzechy, emenemsy i inne tego typu rarytasy. Koszmar dentysty można by rzecz.

Gdy już wszystko zostało sprawdzone, pogrupowane i ponownie zapakowane, ruszyliśmy do miasta na ostatni posiłek – amerykańską pizzę rzecz jasna. Amerykanie byli zachwyceni, że mój pierwszy posiłek w USA to właśnie ichniejsza pizza. Grupa coraz lepiej się poznawała: było małżeństwo Meredith i Jeff, Ed i jego wujek Peter, najmłodszy z nas wszystkich, strażak Spencer, wcześniej poznana Elisabeth oraz Dave.

Następny przystanek: stacja rangersów. Mały domek w centrum miasta, w którym stacjonują służby odpowiedzialne za bezpieczeństwo na Denali. To Ci dzielni i często niewspominani bohaterowie sezon w sezon zapewniają szable śnieżne i liny poręczowe na drodze Westbutress, będącej najpopularniejszą drogą na szczyt Denali. W trakcie odprawy dowiadujemy się o zagrożeniach oraz mamy chwilę wykładu o problemach środowiskowych. Każdy z nas dostaje swoje CMC, czyli legendarny pojemnik na nieczystości. Od teraz to nasza toaleta na kilka tygodni. Po odprawie ruszamy dalej.

Nasza wesoła grupka po swym ostatnim posiłku i odprawie udała się na małe lotnisko – K2 Aviation. Przystanek, który jest obowiązkowym punktem na trasie wszystkich tych, którzy chcą zmierzyć się z najzimniejszą górą świata. Stąd właśnie wszyscy śmiałkowie, gdy królowa gór – pogoda da pozwolenie, wyruszają w 40 minutowy lot. Ta niecała godzina przenosi człowieka w zupełnie inny świat.

Mamy szczęście. Polecimy tego samego dnia. Szczęście o tyle wielkie, że są tu grupy które czekają już 5 dni na okno pogodowe aby wylecieć. Musimy jedynie poczekać ok. 1,5 godziny i ruszymy. Przebieramy się i grupujemy sprzęt. Czas na kostium superbohatera – buty wysokogórskie i właściwe ubrania. Za moment opuścimy krainę zieleni i przez kilka tygodni będziemy wędrowali w stronę wierzchołka Denali.

Gdy dostajemy zielone światło, podzieleni na dwie grupy wsiadamy do dwóch małych samolocików. Start jest niezwykle szybki, chwila moment i jesteśmy w powietrzu. Z daleka widać góry i przede wszystkim piętrzące się nad całym krajobrazem rysy Denali. Przepiękny widok. Coraz mniej zieleni i więcej skał. W końcu lecimy nad wielkim lodem i śniegiem. Wszędzie biel. Wrażenie jest niezwykłe. Niczym astronauci na innej planecie, wysiadamy ostrożnie z samolotu na lodowcu. Przed sekundą podchodziliśmy do lądowania pośrodku niczego, na śniegu.

Szybko wyrzucamy sprzęt i nasze klamoty z samolotu. Zanim się obejrzymy, pilota i jego maszyny już dawno nie będzie. Oto jesteśmy. Sami. Pośrodku niczego. W krainie lodu, gdzie zaczyna się największa przygoda.

Przed nami ponad tydzień wędrówki do obozu 14K Camp (nazwa o 14.000 stóp, czyli w naszym systemie metrycznym ok. 4.300m). To ważny etap, gdyż do tego momentu wszystko ciągniemy na saniach, potem już wyłącznie na plecach do obozu 17k Camp (17.000 stóp = 5.200m).

Denali to trzecia pod względem „wybitności” góra świata (za Wikipedią:wybitność definiuje się jako różnicę wysokości między danym szczytem i najniższą warstwicą go okalającą, która nie obejmuje żadnego wyższego szczytu). Pierwszy jest Everest a druga Aconcagua. Trzecia właśnie Denali, przy czym różnica jest taka że tutaj nie ma mułów które pomogą sprzęt wnieść wyżej. My jesteśmy mułami.

Dlatego też mówi się, że Denali jest tak trudne. Wszystko ciągnie się na saniach lub niesie na plecach. Warunki nie są bajeczne a góra potrafi pokazać pazury i zasłużyć na miano najzimniejszej góry świata. Tak więc jedno jest pewne – łatwo nie będzie.

Tymczasem my nieśpiesznie rozkładamy obóz przy pasie startowym. Jutro czeka na sporo pracy przy obozie i nauki dotyczącej poruszania się z saniami – sposobów ich wiązania, hamownia itd. Pierwsza „noc” na lodowcu przychodzi niespodziewanie szybko. Po wspólnej kolacji wszyscy zasypiają w swoich śpiworach.

Widzieliśmy już dziś z obozu wierzchołek Denali i jego grań szczytową. Daleko i groźnie i jak zawsze też bardzo nierealnie.

Myśli jednak podpowiadają: spokojnie i powoli, jeden dzień do przodu, nie dalej.

W domu wszystko dobrze – komunikator satelitarny na wyprawie po raz pierwszy ze mną. Daje poczucie sporego wsparcia przez kontakt z bliskimi.

Zasypiam, choć słońce świecie.

Pierwsza noc na lodowcu kołysze wiatrem.

Kontakt

Jeśli chcielibyście w jakikolwiek sposób się z mną skontaktować, śmiało piszcie lub dzwońcie: