24 lipca 2018 Michał

Lodowa opowieść – część II

Nie wita nas poranek. Tak jest i tak już będzie, że żyjąc w strefie dnia polarnego jedyne co wraz z nastaniem świtu odczujemy to nieznaczny wzrost temperatury. Póki co jest to osobliwe uczucie, ale przyjdzie nam się do tego przyzwyczaić.

Pierwszy pełny dzień to przede wszystkim spory ładunek wiedzy. Cały dzień nauki związanej z systemem wiązania sań, mocowania sprzętu na saniach i zabezpieczania go oraz zapoznawania się w jakiej konfiguracji będziemy podróżowali. Do tego doszły ćwiczenia typowego poruszania się po lodowcu w grupie oraz asekuracji związanej z potencjalnym wpadnięciem do szczeliny. Trochę to wszystko inaczej wygląda, aniżeli klasyczna szkoła wyciągania człowieka ze szczeliny, bo wpaść mogą jeszcze sanie.

Prócz technik poruszania się z saniami i wszystkiego, co z nimi związane, przyszło nam przejść pełny kurs budowy obozów, umacniania namiotów, wypłaszczania terenu pod budowę obozu. Wszystkie te czynności niebawem miały stać się naszą rutyną każdego dnia. Na Denali nie wiele będzie czasu na odpoczynek. Budowa bazy, przenoszenie, zwijanie bazy, fortyfikacja przed wiatrem, prace przy obozie – to wszystko będzie zajmować tyle czasu, że realnie tylko czas snu będzie dla nas momentem regeneracji.

W lekko przyprószonym  śniegiem krajobrazie ćwiczymy kolejne elementy i po wielokroć testujemy wiązania sań. W każdym narasta chęć ruszenia przed siebie i w nieznane. Ma się to zdarzyć już jutro.

Czeka nas kilku kilometrowy marsz z saniami do Camp 1. Zdobędziemy może 150 metrów wysokości, więc generalnie droga będzie prowadzić po płaskich terenach lodowca – niemniej to dość niebezpieczny fragment z uwagi na szczeliny. Ma to być również dobry rozruch dla grupy, aby „zrozumieć” i „wsłuchać się” w sanie.

W kontekście wyboru daty podboju Denali są dwie główne taktyki – wczesny sezon czyli maj i początek czerwca (jest nieco zimniej, ale śnieg jest przez to lepiej związany i mniejsze ryzyko otwierania się szczelin) lub późny czerwiec (o wiele cieplej podobno, choć przez to większe ryzyko szczelin). Nam to ryzyko właśnie towarzyszyło, więc trzeba było być dodatkowo czujnym podczas drogi przez lodowiec.

Przyznam szczerze, że do tej pory jedyna materia nieożywiona z jaką rozmawiałem w trakcie ekspedycji to sama góra. Po Denali do tego grona dołączają plastikowe sanki, z którymi wielokrotnie rozmawiałem – czasem jak z dobry przyjacielem dziękując za wsparcie lub wyrażając tęsknotę powyżej 4.500m, że już ich nie ma, a czasem jak z największym wrogiem życząc najgorszego. Sanie stały się przez chwilę ważnym elementem mojego życia i przetrwania.

Dzień minął zanim się obejrzeliśmy. Jak zawsze pod koniec, czekała nas mała uczta i spotkanie w prowizorycznej mesie, gdzie przez godzinę, dwie spędzaliśmy wspólnie czas na jedzeniu i rozmowach.

Kolejny dzień rozpoczyna się od szybkiego śniadania. Będzie tak już zawsze, gdy będziemy przenosić obozy. Nie będzie celebracji posiłku, tylko działanie. Po szybkiej konsumpcji następuje zwijanie namiotów i całej bazy, podział sprzętu grupowego na równe części tak, aby każdy coś zabrał na sanie. Wreszcie pakowanie i układanie wszystkiego na saniach. Cała taka procedura trwa ok. 1,5  do 2 godzin.

Potem jeszcze ustawienie się w zespoły, związanie liniami, sprawdzenie napięcia lin pomiędzy saniami i można ruszać.

Warunki nas nie rozpieszczają. Mamy lekką śnieżycę, ale znośną. Poruszamy się w schematem. Równo 60 minut marszu, następnie pierwsza ekipa zjeżdża z saniami na prawo od ścieżki, druga również a trzecia na lewo. Pozwala to po przerwie trzeciej ekipie wyjść na prowadzenia i tak w kółko. Ciągła, cogodzinna rotacja.

Pierwszy marsz w rakietach śnieżnych wraz z saniami nie jest dla nas łatwy. Wszystko jest nowe. Dynamika ruchu, rozkład obciążenia – wszystko zupełnie inaczej. Każdy jednak wypracowuje swój system i powoli dostosowuje się do nowych warunków. Póki co, brak nagrody w postaci widoków, bo ciągle pada śnieg.

Po kilku godzinach docieramy do naszego celu. Camp 1 u podnóża Ski Hill, czyli pierwszego poważnego wzniesienia na naszej drodze. 10 minut odpoczynku i zaczynamy manewry budowy bazy. Kilka osób ustawia się w lini i idąc w szeregu uklepuje nogami platformę pod namioty. Potem w ruch idą łopaty. Trzeba wykopać łazienkę i mesę. Pracy jest sporo.

Gdy wszyscy w końcu wchodzimy do namiotów czeka nas kolejna niespodzianka. Na Denali bowiem nawet najlepsza nieprzemakalna torba ekspedycyjna typu Duffle Bag – jest jednak przemakalna. Śnieg dostaje się przez zamki i materiał dookoła zamków, a jeśli torba jest narażona na wielogodzinny marsz w trakcie śnieżycy to owe milutkie i malutkie płatki śniegu niczym armia przedziera się przez zamki i tworzy niemałą kałużę w środku torby.

Rękawica została podjęta. Każdy suszy co może i jak może. Zmieniamy strategię i wkładamy wielkie worki na śmieci do naszych toreb – od teraz będą służyły jako wielkie ochraniacze wewnątrz naszych bagaży. Niektórzy robią podobnie z plecakami. Zmęczeni jemy kolację i kładziemy się spać. Od jutra zaczynamy, jak to sobie w głowie nazwałem „Wielkie Wahadło”. Każdego dnia bowiem będziemy poruszali się podobnym schematem. Z Camp 1 (2.400m) idziemy połowę drogi do Obozu 11k Camp (3.400m), do depozytu i tam zostawiamy część rzeczy. Tego samego dnia schodzimy do Camp 1. Kolejnego dnia idziemy do 11k Camp, mijając depozyt. Dzień później z 11k Camp robimy cofkę po depozyt i wracamy do 11k Camp (manewr nazywany „backcarry”). Takim wahadłem będziemy działać przy każdym obozie – raz że mniej nosimy, dwa że lepsza aklimatyzacja bo sporo chodzenia w górę i w dół.

Następny dzień to podróż do depozytu na ok. 3000m w połowie drogi do 11k Camp. Sięgam po notatki, które zrobiłem tego dnia. Łatwo nie było. Przewodnicy zgotowali nam mały test tempa. Szyliśmy dość szybko, co odbiło się na całej grupie – dowiedzieliśmy się, że trochę chcieli nas sprawdzić i wszyscy zdaliśmy bardzo dobrze. Niemniej najlżejszy spacer to nie był.

Dojrzałem też do tego, aby nie przywiązywać większej wagi do kolejnych zdobywanych wysokości. Zapisałem to sobie w notatkach.  Kiedyś każdy obóz, każde wyjście traktowałem jak kolejne zdobyte metry na górze. Teraz jednak, w przypadku Denali, całość traktowałem po prostu jak wędrówkę. Nie patrzyłem na wskazania wysokościomierza. Wiedziałem mnie więcej jakie wysokości pokonujemy, na jakim poziomie są poszczególne obozy, jednak to nie było najistotniejsze. Ważna była droga i przemierzanie bezkresnych pól lodowych Denali.

Gdy wróciliśmy tego dnia do obozu, przywitało nas słońce i nieziemskie widoki panoramy gór Alaski. Zobaczyliśmy też odsłonięte i majestatyczne Denali w całej swej postaci. Humor udzielił się wszystkim, nie wspominając o temperaturze. Wyszło tak, że przebierałem się na słońcu i ktoś zobaczył, że stoję bez koszulki więc niczym domino, mieliśmy zaraz całą męską część ekspedycji bez koszulek pozującą do sesji foto na tle Denali 🙂

Dzień minął na suszeniu resztek mokrych ubrań i odpoczywaniu. Kolejny dzień to przenosiny obozu do 11k Camp.

Czekał nas o wiele dłuższy spacer i przede wszystkim budowa bazy w śnieżnej zamieci…

Kontakt

Jeśli chcielibyście w jakikolwiek sposób się z mną skontaktować, śmiało piszcie lub dzwońcie: