31 lipca 2018 Michał

Lodowa opowieść – część III

Dotarcie do obozu 11k Camp jest relatywnie monotonne. Sporo pagórków do pokonania i przede wszystkim jedno potężne wzniesienie przed samym obozem. Dla nas góra zgotowała jeszcze jedną niespodziankę. Mianowicie po dotarciu do obozu rozpętała się niemała zadyma śnieżna.

A my? Bez schronienia i dokonanego wyboru, gdzie będziemy obozować. Wszystko trzeba było robić w biegu, żeby jak najszybciej rozstawić namioty i schronić się w ich wnętrzu. Im bliżej obozu byliśmy tym więcej chmur wokół nas, więc widoków żadnych.

Denali ma to do siebie, że bardzo często dopiero popołudniami ukazywało przed nami całe swoje oblicze podnosząc piętro chmur kilka poziomów wyżej. Dopiero od obozu 14k Camp mieliśmy niemal cały czas cudne widoki.

Tymczasem praca wre i obóz stawiamy w oka mgnieniu. Późnym popołudniem wypogadza się całkowicie i naszym oczom ukazuje się słynne Motorcycle Hill – strome wzniesienie, które przyjdzie nam pokonać jutro, gdy ruszymy wynieść w górę depozyt. Po kolacji kładziemy się niespiesznie wiedząc, że jutro przed nami kilka spektakularnych miejsc do „odwiedzenia”, w tym owiany złą sławą Windy Corner.

Końcówka Windy Corner

Wietrzny zakątek, jakby to na polski przetłumaczyć, to nic innego jak zakręt na drodze do obozu 14k Camp. Jednak zakręt nie byle jaki – znajduje się w miejscu, gdzie jest spora ekspozycja a układ skał oraz wzniesień sprawia, że istnieje tam niemal tunel powietrzny dla wszystkich wiatrów trafiających w Denali. Raczej nie należy się spodziewać spokojnego marszu, ale spotkania z masami powietrza, których prędkość potrafi powalić z nóg. Do tego dochodzi fakt, iż owy „zakręt” pokonuje się z saniami, które usilnie zlatują po eksponowanym stoku. Człowiek przedziera się przez ten fragment, mając „dyndające” na skos w dół sanie, czekan wbity w ścieżkę i wiatry w plecy lub w twarz. Brzmi jak przygoda!

Plan na kolejny dzień to właśnie pokonanie Motorcycle Hill – poszło nam niezwykle sprawnie. Dalej Squirrel Hill – również daliśmy radę (a było już nieco stromiej). Potem czekało nas nazywane przez lokalnych przewodników „Polo Field”, czyli wielkie wypłaszczenie, które zwieńczone ostatnim wzniesieniem prowadziło właśnie do Wind Corner.

Szliśmy jako pierwszy zespół, więc na szczyt Wind Corner dotarliśmy pierwsi. Czekaliśmy sporą chwilę na dwa pozostałe zespoły i już przez ten czas, wiatr wysmagał nas porządnie. Przejście przez Corner trwa może 20 minut, jednak jest to 20 minut na najwyższym poziomie skupienia. Rozdarty między czekan a zwisające na stromym stoku sanie, walczyłem aby każdy krok był niezwykle precyzyjny.

Kilkaset metrów za Cornerem można było dostrzec pole czarnych tyczek wbitych w śnieg. To znak, że dotarliśmy do depozytu. W takich miejscach również mieliśmy swoje rutyny. Chwila przerwy i łopaty w ruch. Wielki dół na 2-3 metry i wrzucamy wszystko, co przeznaczone do depozytu. Następnie zakopywanie i droga w dół.

Ludzie żagle

Tym razem puste sanie montujemy za pomocą systemu linek do plecaków. Ludzie-żagle – każdy podmuch wiatru trochę nas miotał, ale wracało się znacznie szybciej i sprawniej.

Po powrocie, kolacja i obowiązkowe wysłuchanie audycji o 20, którą przez walkie-talkie nadawali Rangersi – prognoza pogody dla każdego obozu i dla wysokości ponad obozem 17k Camp skąd przeprowadza się atak szczytowy.

Wszystko wygląda świetnie. Możemy jutro ruszać do 14k Camp. Do tej pory nie zanotowaliśmy ani jednego dni zwłoki. Ani jednego dnia pogoda nie przeszkodziła nam w poruszaniu się w górę. To oznacza sporą ilość dni zapasowych w razie niepogody.

Tymczasem przed nami dwa ostatnie dni z saniami – pierwszy do obozu 14k Camp (4.300m) i drugi tzw. „back-carry”, czyli powrót po depozyt. Później żegnamy się z nimi i zaczyna się wspinanie z potężnym ciężarem na plecach.

Ruszamy więc kolejnego dnia do 14k Camp. Droga ta sama, pogoda nieco lepsza. Windy Corner też jakby łaskawszy. Nad depozytem czeka nas jeszcze godzina marszu i docieramy do wielkiego wypłaszczenia, na którym znajduje się małe miasteczko zwane obozem 14-stką.

Headwall

Nad obozem groźnie góruje ściana headwall`u. Stroma na 45 stopni, ubezpieczona w specjalne liny poręczowe, prowadzi do grani, od nazwy której cała droga ma swoje imię – „Westbutress”. Stamtąd labiryntem skalnych ustępów można dotrzeć do obozu 17k Camp (5.300m) skąd dalej już tylko na szczyt.

Ściana budzi we wszystkich ogromny respekt, ale jeszcze o niej nie myślimy. Plan na kolejne dni jest następujący. Najpierw odzyskać depozyt, który mamy poniżej, potem następnego dnia od razu wynieść depozyt na szczyt headwall`a i wtedy dopiero, uwaga, uwaga….pierwszy pełny dzień odpoczynku. Ta myśl trzyma nas bardzo mocno.

Niemniej po wyczerpującej wędrówce z obozu 11k Camp mamy tylko chwilę odpoczynku. Znów uklepywanie terenu, budowanie bazy i rozbijanie namiotów. Tym razem z jeszcze większą starannością, wszak spędzimy tutaj kilka dni i będziemy odpoczywać więc trzeba się dobrze przygotować do tego lenistwa.

Kolejne godziny mijają nam na budowaniu obozu. Pieczołowicie wykopywane elementy „infrastruktury” – łazienka, mesa, wejścia do namiotów, przyszły depozyt – wszystko musi zostać dokładnie przekopane.

Pod wieczór, jak zawsze schodzimy się do mesy i przy wspólnym posiłku rozmawiamy o kolejnych dniach. Jutro czeka nas zejście po depozyt i trochę przygotowań do chodzenia po poręczówkach – mały tor przeszkód rozstawiony już w obozie, żeby potestować używanie jumarów (specjalnych urządzeń do poruszania się po linach poręczowych) w każdym rodzaju rękawicy.

Do polarnych nocy już przywykliśmy. Blask słońca specjalnie nas nie drażni. Szczególnie, że obóz 14k Camp jest położony w miejscu, gdzie słońce na czas nocy nieco chowa się za zboczami góry tak więc mamy trochę „nocnego cienia”

Kolejny dzień mija na powrocie po depozyt i wniesieniu go do obozu. Bez fajerwerków.

Inaczej jest w przypadku dnia następnego. Dzisiaj spotkanie z headwall`em. Ta gigantyczna ściana jest wielkim wyzwaniem. Do połowy idziemy normalnie. Jednak w drugiej połowie rozpoczynają się liny poręczowe a nastromienie zwiększa się do 45%-50% stopni. 2 godziny zajęło nam dotarcie do poręczówek. Tam krótki postój i zaczynamy zabawę.

Poręczówki

Idea chodzenia po linach poręczowych jest prosta. W śniegu za pomocą szabel śnieżnych są zamocowane liny. Średnio co 15-20 metrów jest punkt przepięcia (szabla). W linę wpina się specjalny przyrząd zaciskowy (zwany jumarem). Taki metalowy uchwyt ze specjalnym miejscem na linę, które umożliwia przesuwanie przyrządu jedynie w górę po linie, w dół następuje blokada.

Niby nic trudnego – można pomyśleć. Ot takie wspinanie po linie do góry ze specjalnym uchwytem. Nic bardziej mylnego. Problem pojawia się, gdy dodamy fakt, że jesteśmy w zespołach 3 lub 4 osobowych związani jeszcze jedną liną – co oznacza, że każdy z nas będzie w różnych momentach docierał do punktów przepięcia i tam też chwilę spędzał, co będzie grupę stopowało.

Ta okoliczność wymagała specjalnego systemu komunikacji. Gdy ktoś docierał do punkt przecięcia trzeba było rzucać głośno określone hasło, aby zatrzymać grupę, aby nie ciągnęła liny, gdy się już przepiął, rzucać kolejne hasło aby grupę „odblokować”. To robią jednocześnie trze lub cztery osoby. Nasza 3-osobowa brygada nazwała się „orłami” czyli „Eagles”. System był prosty. Docieramy do przepięcia „Eagles stop!”, idziemy dalej „Eagles go!”. Proste i skuteczne rozwiązanie.

Trzeba tu nadmienić, że headwall był źródłem wielu inspiracji, gdyż fakt że było tam czasami wiele ekip, sprawiał że wymyślano najróżniejsze metody komunikacji – głównie z użyciem wulgaryzmów – dla zabawy.

Grań Westbutress

Po pokonaniu stromego fragmentu wchodziło się na grań Westbutress. Wąskim labiryntem ostrych skał, z „lufą” po dwóch stronach dociera się tędy do Obozu 17k Camp – ostatniego przyczółka na drodze po szczyt Denali. My jednak pokonaliśmy tylko dwa małe wzniesienia na grani, aby zakopać depozyt.

Teraz droga w dół. Po poręczówkach droga w dół przypomina kadry z filmu akcji. Podchodzi się do liny, wpina karabinek zabezpieczający z lonży prawą ręką, wokół lewej ręki oplata się poręczówkę i w dół. W sumie im szybciej tym lepiej, bo tempo pozwala zachować równowagę. Tyle, że znów te przepięcia…Radzimy sobie dobrze i już po chwili jesteśmy na dole.

Dzisiaj już każdy poczuł wysokość. Przekroczyliśmy 5.000m na Denali. Mimo to humory rewelacyjne. Wiemy, że jutro jest pierwszy pełny dzień odpoczynku i nicnierobienia. Każdy na to czekał.

Jak wygląda taki dzień? Przede wszystkim późne śniadanie – żadnego wstawania o 6 rano 🙂 Nieśpieszna kawa na lodowcu. Potem trochę fajnych zdjęć. Każdy porządkuje klamoty i selekcjonuje sprzęt – co idzie na górę co zostaje w depozycie. Teraz już spore okrajanie dobytku, bo nasze ukochane i znienawidzone sanie idą w odstawkę. Wszystko od tej pory niesiemy na plecach.

Odpoczynek

Ludzie śpią, czytają książki, gramy w gry towarzyskie, naprawiamy sprzęt i generalnie porządkujemy przestrzeń życiową. Takie małe przyjemnostki, które zbliżają nas do cywilizacji. Mamy też poważną odprawę, gdzie krok po kroku przewodnicy przekazują nam co będzie działo się w kolejnych dniach. Większość z nas jest tego świadoma.

To co ma nastąpić jutro jest nazywane często drugim atakiem szczytowym. Głównie ze względu na fakt, że ten dzień ekspedycji jest czasami cięższy niż sam atak. Oto musimy pokonać prawie 1000m wysokości, przedzierając się przez headwall i grań Westbutress, ostrą niczym brzytwa mając na plecach ok. 20-25kg – cały sprzęt, namioty, pojemniki CMC na odpady, ubrania na atak szczytowy, jedzenie. Wszystko to znajdować się będzie na naszych plecach. Gdy wstaniemy o poranku i spakujemy bazę oraz nasze plecaki – będą one przypominać wielkie silosy wyładowane do granic i spuchnięte. Aby jeszcze dodać pikanterii, sporo sprzętu jest na zewnątrz plecaka. Wyglądać więc będziemy jak nomadzi, których plecaki większe są niż oni sami.

Z tym takim 20-to parokilogramowym tobołkiem przyjdzie nam już jutro ruszyć do ostatniego obozu – 17k Camp.

Stamtąd już widać drogę na szczyt…

Kontakt

Jeśli chcielibyście w jakikolwiek sposób się z mną skontaktować, śmiało piszcie lub dzwońcie: