6 sierpnia 2018 Michał

Lodowa opowieść – część IV

Grań

Po pewnym czasie człowiek umie przyzwyczaić się niemal do wszystkiego. Poranek w lekko oszronionym namiocie staje się codziennością a rytuał wygrzebania się ze śpiwora i śniadanie w mesie jest niemal tak naturalne, jak prysznic na nizinach.

Tego dnia wiem, że przyjdzie nam zmierzyć się z wysiłkiem o wiele większym niż do tej pory. Plecaki, póki co wyglądają jeszcze niegroźnie czając się w kącie namiotu. Jednak chwilę później, po skonsumowanym śniadaniu, zaczynają pęcznieć z minuty na minutę. Tak o to cała baza, sprzęt grupowy oraz niezbędne do ataku szczytowego ubrania lądują na naszych plecach.

Headwall

Redukujemy liczbę namiotów. W obozie 17k Camp będziemy spali trójkami, co oznacza „tylko” trzy namioty do wyniesienia na górę. To w praktyce oznacza jeden namiot na trzy osoby – każdy dostaje jakąś część konstrukcji do niesienia. Do tego sporo sprzętu kuchennego, jedzenie grupowe, pojemniki CMC. W pewnym momencie nasze plecaki zaczynają nas przerastać.

Każdy dociska paski kompresyjne, jak tylko się da. Nikt jeszcze nie odważył się założyć plecaka na plecy – zmierzenie się z tym ciężarem może być brzemienne w skutkach. Rozwijamy liny, przygotowujemy się do wymarszu.

Około godziny 9 rano ruszamy z opustoszałego obozu. Zostają po nas jedynie dziury w ziemi i liczne ślady ścieżek. Każdy z nas ledwo co zakłada plecak. Czujemy, jak wgniata nas w ziemie przepastne 25 kilogramów.

Headwall

Przed nami długi dzień. Najpierw godzinne podejście stromym wzniesieniem, następnie ok. 40 minut jeszcze bardziej stromego podejścia pod podstawę poręczówek. Potem zacznie się prawdziwa zabawa , aby dotrzeć do grani. Tam z kolej mniej więcej 2,5h do obozu 17k Camp przez meandry skalnych półek, drobnych poręczówek i trawersów.

Ruszamy. Każdy krok wydaje się być cięższy. Waga na plecach nie pozostawia złudzeń. Będzie dzisiaj naszym wrogiem a nie sprzymierzeńcem. Podejście do poręczówek mimo, że w spokojnym tempie – robi swoje. Wszyscy dość zmęczeni wpinamy się w liny. Przed nami jeszcze jedna ekipa. Poruszają się na prawdę wolno co tworzy spory korek. Jednak zbawienne jest to, że uzyskujemy darmowe przerwy i możemy choć na chwilę odpocząć w ścianie.

Grań

Po dojściu do grani, jako pierwszy zespół (trójkowy), postanawiamy nie robić przerwy od razu na grani tylko jeszcze 30 minut wędrować do miejsca, gdzie mamy depozyt. Kosztuje nas to sporo siły, ale dajemy radę. Tam wymarzony odpoczynek. Wykopujemy depozyt i dorzucamy sobie jeszcze kilogramów na plecy, jakby wcześniej nam było za lekko.

Docieramy do formacji „Washburns Thumb” – małej iglicy skalnej, przy której czekają nas kolejne niewielkie poręczówki. To już „łatwizna” po tym, co przyszło nam pokonywać na Headwallu. Dalej pniemy się w górę, jednak świeży śnieg na grani nieco utrudnia nam poruszanie się. Często robimy drobne zmiany drogi, schodzimy nieco z grani, aby ominąć co bardziej niebezpieczne fragmenty.

Wszyscy żwawo pokonujemy kolejne metry. W pewnym momencie dostrzegamy w oddali namioty 17k Camp. Znaczy się, że jesteśmy już blisko, choć w górach dystans jest zawsze rzeczą bardzo pozorną. Musimy pokonać jeszcze jedno niewielkie wzniesienie, zbliża się zmierzch i temperatura znacznie spada. Nasze tempo również. Mamy drobne postoje związane z małym „obejściem” niebezpiecznego fragmentu. Jestem ostatni i przez to sporo czekam, organizm się wychładza i paradoksalnie szybciej męczy.

W końcu docieramy do obozu. Całą drogę wspominam bardzo dobrze, ale ostatnie 30 minut mnie wykończyło. Powolne tempo na mrozie jest jednak często niedocenianym przeciwnikiem. Obóz 17k Camp znajduje się na małym wypłaszczeniu. Kilkanaście rozbitych namiotów otoczonych murami śnieżnymi. To czeka nas jutro. Budowa fortyfikacji.

Dzisiaj już tylko rozbicie namiotów, kolacja i sen. Tutaj, na wysokości 5.300 metrów, nie da się nie czuć wysokości. Rozbijanie namiotów męczy, nie mówiąc już o wyprawie w ustronne miejsce. Pewnie gdyby ktoś obserwował obóz z daleka, miałby wrażenie że obozowicze funkcjonują w nieco zwolnionym tempie. Każdy ruch i każdy krok jest dwa razy wolniejszy.

17k Camp

Kolejny dzień to planowany odpoczynek. Wstajemy nieśpiesznie.

Po wyjściu z namiotu, mimo że jednak zegar biologiczny obudził nas dość wcześnie, ze zdumieniem odkrywamy że reszta ekipy jest po śniadaniu i krząta się po obozie. Okazuje się, że nasi przewodnicy dostali rano prognozę pogody, która wskazywała na to, że dziś byłby dobry dzień na atak szczytowy. Pobudzili więc dwa namioty, aby się już przygotowywały. Do nas nie zdążyli jeszcze dotrzeć a dostali kolejną prognozę, że jednak nie będzie to optymalny termin na atak. Tak więc, dwa pozostałe namioty obudzone fałszywym alarmem, od rana funkcjonowały na pełnych obrotach. My tym czasem smacznie spaliśmy.

Cały dzień upłynął na odpoczynku i drobnym epizodzie prac przy fortyfikacji obozu. W ruch poszły piły śnieżne. Budowaliśmy ściany okalające namioty oraz luksusową łazienkę z półeczkami na kosmetyki.

17k Camp

Popołudniu odprawa i dokładny opis ataku szczytowego. Wszystkie prognozy wskazują, że kolejny dzień będzie najlepszy pogodowo. Mamy ruszyć przed 9 rano. Na początek czeka nas pokonanie najtrudniejszego i najbardziej niebezpiecznego fragmentu -„Autobahn`a”. To stromy trawers prowadzący na wysokość ponad 5.500m do „Denali Pass”. Są tam szable śnieżne do wpinania liny a czekan i czujność są naszym orężem w trakcie pokonywania tego fragmentu. Potem z „Denali Pass” czeka na nas wędrówka w górę drobnymi wzniesieniami w pobliżu „Zebra Rocks”, aby ostatecznie dotrzeć do wielkiego wypłaszczenia przed granią szczytową, zwanego „Football Field”, którego przejście zajmuje około godziny. Na końcu tego pola znajduje się wzniesienie o uroczej nazwie „Pig Hill”, to ono prowadzi śmiałków na grań szczytową, z której już tylko krótki spacer po ostrej śnieżnej grani na dach Ameryki Północnej .

Takie „menu” wspinaczkowe czeka nas jutro. Wszystko w miarę równych odstępach: Autobahna 2 godziny, dotarcie do Zebra Rocks 1 godzina, dotarcie do podstawy Football Field 1 godzina, przejście Football Fiedl 1 godzina, Pig Hill 1 godzina, Grań szczytowa 30 min. W idealnym wariancie 6:30 godziny wędrówki + przerwy. Jak będzie dowiemy się już niebawem.

Nikt z nas nie spodziewał się, że Denali przygotowało dla nas niespodziankę, którą na zawsze zapamiętamy.

Kładziemy się i zapadamy w lekki sen.

Jutro na szczyt. Wszystko jawi się jak sen. Dotarliśmy tak daleko. Dostaliśmy się tak wysoko.

Ostatnia prosta przed nami…

Kontakt

Jeśli chcielibyście w jakikolwiek sposób się z mną skontaktować, śmiało piszcie lub dzwońcie: