14 sierpnia 2018 Michał

Lodowa Opowieść – część V

Coś dziwnego jest w atakowaniu szczytu za dnia. Do tej pory większość moich ostatecznych wędrówek na szczyt odbywała się głęboko w nocy. Mrówczy ślad światła nocą generowany przez czołówki zawsze był dla mnie zwiastunem upragnionej nocy – ataku szczytowego.

Na Denali jest jednak zupełnie inaczej. Fakt dnia polarnego sprawia, że jasno jest cały czas. Zimno lub bardzo zimno jest natomiast właśnie w nocy. Stąd odwrócenie strategii. Lepiej wyruszyć o świcie, gdy słońce wstaje, aby na zimno nocy być narażonym w ostatniej fazie zejścia lub nawet zdążyć się przed nim uchronić, jeśli jesteśmy dostatecznie szybcy.

Pakujemy się i zbieramy, tak aby ruszyć przed godziną 9 rano. Większość grup startuje w okolicach 10, więc i tak ruszymy ze sporym zapasem.

Zgodnie z wymogami Parku Narodowego, każdy zespół musi posiadać minimum 1 śpiwór, 1 karimatę, 1 kuchenkę gazową i 1 łopatę – na wypadek nieplanowanego postoju. Taki zestaw znacząco zwiększa szanse przetrwania – można wykopać jamę śnieżną, usiąść na karimacie, przykryć się śpiworem i czekać, gdyby zastała nas sytuacja awaryjna.

Ruszamy powolnym tempem w stronę stromej ściany, którą za moment mamy zacząć trawersować. Około 20 minut po wyruszeniu, jedna z uczestniczek podejmuje decyzję o przerwaniu ataku – nie czuje się na siłach i nie widzi możliwości wspinaczki. Mimo zbadania sytuacji przez przewodników i podjęcia próby zmotywowania jej, odmawia i zawracamy.

Jesteśmy na tyle blisko obozu, że całą grupą odprowadzamy ją do obozu, przepinamy liny i startujemy jeszcze raz. Nadal jest przed 10 rano, więc pod względem czasowym jest nieźle. Mamy w miarę czyste niebo i słaby wiatr. Wszystko wygląda dobrze.

Autobahn`a jest rzeczywiście tak stroma i tak niebezpieczna jak mówią. Mimo, że z daleka wydaje się pozornie niewielkim fragmentem – pokonuję się ją przez około 2 godziny. Po takim też czasie docieramy do Denali Pass, przełęczy, która dla lokalnych wiatrów stanowi idealne miejsce kumulacji i często trudno przez przełęcz wręcz przejść, gdyż uniemożliwia to silny wiatr.

Poczuliśmy to na własnej skórze. Gdy tylko przeszliśmy na drugą stronę, siła wiatru znacząco wzrosła. Choć nie na tyle, aby przerwać wspinanie. Warunki nadal były dobre.

Teraz krótka przerwa przy skałach. Jednocześnie informacja od przewodników, że jest to w sumie pierwsze i ostatnie miejsce, gdzie jest postój w osłoniętym od wiatru i śniegu otoczeniu. Dalej będziemy mieli już tylko teren eksponowany na wiatr. Po krótkiej przerwie ruszamy dalej. Początkowo parę stromych wzniesień, między nimi gdzieniegdzie wypłaszczenia. Poruszamy się w miarę sprawnie, łapiąc kolejne metry wysokości.

Za Zebra Rocks jeden czteroosobowy zespół rezygnuje ze wspinaczki. Pogorszyła się widoczność i choć wiatr nadal wiał, to jego prędkość nie była zbyt duża, więc szliśmy w prószącym śniegu dalej. Niemniej być może wysokośća a być może zmęczenie spowodowała, że zespół postanowił zawrócić. Pozostają więc dwa trzyosobowe zespoły (2 przewodników i nasza czwórka: Ed, Spence, Peter i Ja).

W słabej widoczności pokonujemy powoli Football Field. Wędrówka po płaskim, lecz niestety czujemy się niemal jak we wnętrzu piłki ping-pongowej. Widzimy tylko siebie i biały krajobraz dookoła. Gdy docieramy do bardziej stromego fragmentu, już wiemy, że przed nami (choć niewidoczne) rozpościera się Pig Hill – ostatnie wzniesienie przez granią szczytową.

Nie robimy już przerwy. Idziemy prosto do góry. Momentami zapadamy się po pas w sypkim śniegu. Może być zdradliwy na grani szczytowej. Brniemy dalej i wyraźnie czujemy, jak ubywa nam sił. Wysokość skutecznie oddziałuje na nasze organizmy.

Pniemy się coraz wyżej. W każdy narasta poczucie, że jesteśmy coraz bliżej.

Nagle.

Widzę, jak moi towarzysze znajdujący się przede mną, znikają. Tak jakby dosłownie rozpłynęli się w powietrzu.

Okazuje się, że dotarliśmy do grani szczytowej. Wyjście na nią jest n tyle strome, że gdy pokonuje się próg, niemal znika się z pola widoczności osoby za Tobą.

Przytulamy się do niewielkich skał. Wbijamy czekany w ziemię i padamy na kolana. To co zastało nas na grani szczytowej było zaprzeczeniem wszystkich prognoz pogody i modeli prognostycznych, które mieliśmy. Wichura i śnieżyca w jednym. Na ponad 6.000 metrów.

Spoglądamy na siebie. W spojrzeniach widać zwątpienie i strach. To nie jest sytuacja, w której ktokolwiek chce udawać odważnego. Robiło się poważnie. Jest godzina ok. 17. My jesteśmy na grani szczytowej Denali, gdzie rozpętała się mała burza śnieżna. Widoczność na 2-3 metry. Temperatura na pewno poniżej – 20 stopni Celsjusza.

Niezwykłe jest to, że gdy wracam wspomnieniami do tej chwili, dobrze pamiętam, że nikt się nawet nie zająknął, aby ruszać na szczyt. Nikt nawet nie wpadł na taki pomysł. Usłyszeliśmy tylko „It`s over” i wszyscy przyjęliśmy to z pełną zgodą. Zero rozczarowania, zero negatywnych emocji. W żyłach jedynie adrenalina i myśl, że trzeba uciekać. Zejść jak najszybciej.

Chwilę siedzimy skuleni na grani. Parę łyków herbaty i parę gryzów przekąsek. Dopinamy każdy rzep i każdy guzik, ściągamy każdy ściągacz w ubraniach – tak żeby śnieg nie dostał się nigdzie. Dostaje się wszędzie. Siła wiatru i ilość opadów są przeciwnikiem, z którym nie da się wygrać.

Schodzimy. Nie jest łatwo. Widzimy ledwo kolejną osobę na linię. Bardziej ufamy naprężeniu liny, które sygnalizuje, że grupa ruszyła dalej. Pig Hill i Football Field mijamy sprawnie choć powoli, zakopując się w śniegu po pas. Przy Zebra Rocks robimy łącznie z obozem 17k Camp. Okazuje się, że zespół, który się od nas odłączył jeszcze nie wrócił. Utknęli w okolicach Denali Pass. Nie są w stanie przejść przełęczy ze względu siłę wiatru, ukrywają się przy pobliskich skałach. Z 17k Camp rusza niewielka grupa zaprzyjaźnionych przewodników w celu, jak to nazywają „rescue misssion”.

Wtedy kołacze mi się w głowie myśl: „To skoro oni są na ok. 5.500m i po nich idzie rescue mission, a my jesteśmy na prawie 6.000m, to co z nami?”. Myśl szybko się ulatnia, nie ma czasu na głębsze refleksje. Walczymy o każdy krok. O potknięcie czy złe ułożenie stopy nietrudno. Jedna drobna kontuzja mogłaby mocno skomplikować sytuację.

Przy Zebra Rocks sytuacja robi się jeszcze bardziej nieciekawa. Jest parę sekcji bardziej nastromionych. Nie bawimy się w grację i elegancję. Każdy upada na kolanach, odwraca się przodem do stoku, wbija czekan w śnieg i schodzi na czworaka. Każda metoda jest dobra, byle zyskać kolejne metry.

Nasza druga grupa pokonała Denali Pass i zeszli do obozu. Pozostaliśmy na górze już tylko my. 6 osób walczących o zejście. Gdzieś na wysokości 5.700m dalej walczymy.

Docieramy ostatecznie do Denali Pass. Tam dowiadujemy się, jak silnie może wiać wiatr. Chyba nigdy czegoś takiego nie czułem. Denali Pass tworzy specyficzny tunel aerodynamiczny, który sprawia, że wiatry osiągają tam szalone prędkości. Pokonanie przełęczy polega na przejściu niewielkiego fragmentu wypłaszczenia, aby ustawić się odpowiednio na Autobahn`ie i ruszyć w dół ostatnim odcinkiem drogi, który prowadzi już wprost do obozu.

Nie ma dobrego momentu. Ruszamy przez przełęcz. Nie ma co czekać. Wtedy dzieje się coś niezwykłego i przerażającego jednocześnie. Już wyżej gogle zamarzały miejscami i widoczność była utrudniona. Teraz jednak doświadczam sytuacji, niczym w filmie. Wychodząc na Denali Pass i czując chłód i siłę wiatru, widzę jak gogle w jednej sekundzie zachodzą całe szronem i zamarza cała szybka. Nie widać nic. Ściągam gogle, żeby je przetrzeć. Śnieg uderza mi w twarz z prędkością sprawiającą ból. Nakładam gogle i dalej nic nie widzę. Nie jest mi do śmiechu. Próbuję przełożyć gogle w jakiś sposób, aby trochę osunąć je od twarzy i stworzyć w okolicach nosa mały prześwit, żeby widzieć cokolwiek. Pomysł w miarę działa. Idę dalej.

Przed nami najniebezpieczniejszy fragment całej góry. Autobahn`a pokonywana w dół. To miejsce ogromnej ilości tragedii na Denali, jeśli nie największej. Strudzeni wspinacze po zdobyciu szczytu, muszą po wielu godzinach wspinaczki na pełnym skupieniu pokonać ten stromy trawers schodząc do obozu. Wycieńczeni, z nieco mniejszym poziomem skupienia, mogą łatwo popełnić błąd. Tutaj ten błąd może być bardzo kosztowny.

My musimy pokonać Autobahn`ę niemal na ślepo. Zmarznięte gogle to jedne problem. Drugi to fakt, że widoczność zmalała więc jedyna metoda, aby sprawdzić, czy grupa idzie to wyczucie napięcia liny, gdyż nie widać nikogo przed ani za mną. Trzeci element dotyczy szabli śnieżnych. Połączyliśmy dwa zespoły w jeden, aby mieć więcej punktów wpięcia w szable, czyli bezpieczniej się poruszać w dół. Jednak oznacza to 6 osób jednocześnie wpinających i przepinających linę przy szablach śnieżnych – raz, że to powoduje spowolnienie tempa, dwa ledwo widzimy więc operacje na linie są znacząco utrudnione.

Metr za metrem powoli w dół. Nie wiem, ile mija czasu. Zdejmujemy gogle i znów je zakładamy. Walczymy. Zdrapujemy śnieg i lód z twarzy. Każdy z nas zaliczył kilka niewielkich lotów. Sypki śnieg i źle postawiona noga wystarczyły, aby obsunąć się kilka metrów w dół na ścianie. Szczęśliwie odruch asekuracji czekanem działał zawsze bezbłędnie.

W takich sytuacjach czas jest pojęciem względnym. Człowiek się nim nie interesuje. Nie mam pojęcia, ile upłynęło godzin od zejścia z grani. Wiem jednak, że z każdym krokiem zbliżamy się do obozu. Gdy docieramy do wypłaszczenia, wszystkim nagle puszcza adrenalina. Włóczymy noga za nogą po płaskim w poszukiwaniu zasypanego śniegiem obozu. Przy takiej widoczności obchodzimy przypadkiem obóz dookoła, zanim w ogóle do niego trafimy.

Gdy stajemy przy namiotach, garda opada. Adrenalina też. Pojawiają się emocje. Wszyscy stoimy w kółku i każdy spoglądając na każdego, z widocznymi łzami w oczach (może od zimna, może od bólu a może ze wzruszenia) kiwa głową z uśmiechem. Stoimy w szóstkę, jeszcze złączeni linią i ktoś robi nam zdjęcie. To zdjęcie będzie naszą wieczną pamiątką nocy, podczas której byliśmy najsilniejszymi wersjami samych siebie. Nocy, podczas której stoczyliśmy najcięższą walkę.

Okazuje się, że jest 3 nad ranem. To oznacza, że łącznie byliśmy w górze ponad 17 godzin. Z czego zejście trwało około 10 godzin. Każdy przytula się z każdym. Trudno to wyjaśnić, ale tworzyliśmy tej nocy jeden organizm, który musiał przetrwać. Ta zespołowość zostaje na zawsze.

Ruszamy do namiotów. Nikt nie myśli nawet o suszeniu rzeczy. Wszyscy wyrzucają zamrożone i ośnieżone ubrania do przedsionków. Jutro będziemy się tym martwić. Dzisiaj jeszcze tylko szybka zupa, żeby organizm choć trochę energii otrzymał i spać. Sen przychodzi łatwo, łatwiej niż kiedykolwiek.

Nie było szczytu góry tym razem. Było coś znacznie ważniejszego. Przetrwanie i współpraca w ekstremalnych warunkach. Nauka i przeżycia, które pozwoliły odkryć siebie na nowo w pewien sposób.

Nie było też złości, związanej z brakiem sukcesu. Czy w tej sytuacji sukces właściwe był? Zdobyciem szczytu? Byliśmy blisko. Mogliśmy 60 minut na kolanach wędrować po grani i spróbować zaryzykować go zdobyć. Jednak nikt nawet o tym nie pomyślał. Celem i sukcesem było zejście. Była współpraca i było wspieranie siebie nawzajem podczas tej 10-godzinnej golgoty.

Sen przyszedł szybko. Jutro najpewniej ruszymy w dół do 14k Camp.

Teraz jednak odpoczynek.

PS W tym wpisie jest tylko jedno zdjęcie, bo w nim zawarta jest cała historia i wszystkie te emocje.

Kontakt

Jeśli chcielibyście w jakikolwiek sposób się z mną skontaktować, śmiało piszcie lub dzwońcie: