23 sierpnia 2018 Michał

Lodowa Opowieść – część VI

Otwarcie powiek po długim śnie i nieudanym ataku szczytowym nie należy do najprzyjemniejszych momentów. W człowieku zbiera wiele emocji i powoli wykluwają się na powierzchnię.

Byłem cały obolały a niezidentyfikowany ból w prawym barku nie dawał mi szans na dalszy sen. Powoli wygramoliłem się z namiotu i widziałem, że nasza drużna z wolna również budzi się z nocnego letargu. Było chyba przed godziną 10:00. Czasu nikt nie liczył. Wróciliśmy po 3 nad ranem do bazy i sen nam się należał w ilościach nielimitowanych.

Wspomnienia zeszłej nocy skutecznie wydobyły z mojej pamięci przyczynę niezidentyfikowanego bólu braku, który nie dawał mi spokoju. Kilkukrotnie przecież asekurowałem się czekanem podczas drobnych upadków na Autobahn`ie w trakcie śnieżycy. Nagłe i silne zamachy ręką, aby wbić jak najszybciej czekan pod siebie skutecznie nadwyrężyły zapewne mięśnie. Dało się jednak w obliczu całej tej przygody, spokojnie przetrawić ten owy ból.

Chwilę po śniadaniu spotkaliśmy się wszyscy i w ramach grupowej narady podjęliśmy jednomyślną decyzję, iż nie atakujemy góry drugi raz. Brak sił fizycznych i psychicznych to argument numer jeden. Druga sprawa to czas.

Przed nami jeszcze całonocne zejście do bazy na pas lotniskowy. Jeśli nie rozpoczniemy tego manewru w ciągu najbliższych 48 godzin, w bazie przed nami zdąży się pojawić system burzowy nadciągający znad Hawajów. Pan system burzowy uziemi nas przy pasie lotniskowym na prawie tydzień lub więcej jak dobrze pójdzie. Żaden samolot do nas nie doleci. W tej sytuacji wiadomym było, że to najwyższy czas na wymarsz.

Obóz 17k Camp rozebraliśmy już bardzo sprawie. Po prawie trzech tygodniach trwania ekspedycji ta umiejętność była dla nas jedną z kluczowych i niemal zautomatyzowanych. Tona rzeczy na plecy i w dół. Tu pierwsza niespodzianka. Nocny opad śniegu, ten sam przez który przedzieraliśmy się nocą, skutecznie pokrył całą grań Westbutress puchem. To niestety stworzyło mało bezpieczne warunki do przemierzania takiej formacji i skutecznie zredukowały nasze tempo. Musieliśmy dbać o to, aby każdy krok był bardzo precyzyjny. Sporo korzystaliśmy z pomocy skał na grani.

Gdy w końcu dotarliśmy do poręczówek, sprawa znacząco się uprościła. Szybko w dół do Obozu 14k Camp. Był czwartkowy wieczór, gdy znaleźliśmy się z powrotem na wysokości 4.300m. Teraz czekało nas zadanie „odwrócenia doby”. Jutro śpimy jak najdłużej, cały dzień jemy i śpimy na przemiennie. W okolicach godziny 17:00 zaczniemy zwijać obóz i o 19:00 wyruszymy w całonocną podróż przez pustkowia Denali, aby dotrzeć nad ranem na pas startowy. Cały manewr trwa około 12h.

Przejście nocą związane jest z kilkoma czynnikami. Lodowiec jest lepiej związany, więc bezpieczniej go przemierzać w nocnych warunkach – mniej szczelin do pokonania. Samoloty startują, przy dobrych warunkach, już od 8 rano więc możemy być w cywilizacji już po 9 rano. To wszystko przemawia za tym, aby ruszyć pod osłoną nocy w dół.

Gotowi i spakowani ruszamy około 19 wieczorem. Zejście na sam dół oznacza pokonanie odcinka, który wcześniej przemierzaliśmy ponad tydzień w górę. Póki co nie jestem w stanie sobie wyobrazić tego, że mam przez 12 godzin, całą noc iść, przez mroźne pustkowia Denali.

Jednak ten spacer okazuje się jedną z największych nagród. Wisienką na torcie zmagań z Denali. Jedną z tych rzeczy, które zapamięta się do końca życia. W nocy bowiem powietrze robi się ostrzejsze. Jest też mniej słońca (nie takie oczywiste w okolicach koła podbiegunowego). Przez co góra zyskuje magiczny kontrast.

Przemierzając w nocy całą drogę widzieliśmy, jak nigdy dotąd, bardzo dokładnie wszystkie jej fragmenty. Często blask słońca i okulary lodowcowe zmieniały nieco obraz. Teraz widzieliśmy górę niemal nagą. Niezwykły widok.

Za każdym zakrętem, za każdym wzniesieniem rozpoznawaliśmy fragmenty, które wcześniej w pocie czoła przemierzaliśmy w górę. Co kilka godzin robiliśmy w dobrze znanych nam miejscach przerwy. Odkopywaliśmy też wcześniej pozostawione depozyty. Bagaż na saniach rósł.

Sanie to te osobna historia. Ciągnąć je w górę to jedno, ale schodzić z nimi ze stromych zboczy Denali to prawdziwa szkoła cierpliwości. Ciągle uciekają i uderzają czasami w kostki – niemniej nie klęliśmy już pod nosem. Cierpliwie schodziliśmy w szarości nocy w dół.

Rano dotarliśmy na pas startowy. Tam zakopani w śpiworach przy pierwszym blasku porannego słońca pogrążaliśmy się w półśnie w oczekiwaniu na pierwsze samoloty.

Gdy usłyszeliśmy warkot silnika, wiedzieliśmy że powrót do cywilizacji jest blisko.

Wsiadając do samolotu, każdy jeszcze raz obejrzał się za siebie spoglądając na szczyt Denali w oddali.

Byliśmy blisko, byliśmy niemal na samym szczycie.

Góra dała nam lekcje, której nigdy nie zapomnimy.

Uśmiechnąłem się pod nosem. Wrócę tutaj na pewno.

To piękny, inny świat.

Kontakt

Jeśli chcielibyście w jakikolwiek sposób się z mną skontaktować, śmiało piszcie lub dzwońcie: